Znaleziono 0 artykułów
18.05.2018

Z kolekcji Mody Polskiej. Urodziny mistrza

Jerzy Antkowiak (Fot. Tadeusz Rolke, Agencja Gazeta)

Z okazji urodzin Jerzego Antkowiaka portretują go znajomi, przyjaciele i współpracownicy.

Urodziny, urodziny” – Jerzy Antkowiak niecierpliwi się trochę, bo ileż można świętować. Okrągłe to jeszcze, ale osiemdziesiąte trzecie – lepiej dałabym już spokój. Kryguje się czy nie? Odpuszczam mu tym razem i do wspomnień zapraszam osoby, które znają go lat. Z ich opowieści wyłania się portret projektanta-wizjonera i człowieka, który łączy sprzeczności.

Zbigniew Horbowy, artysta plastyk, słynny projektant szkła użytkowego: – Siedzieliśmy w jednej ławce w liceum w Wolsztynie. To było świetne liceum. Uczyli nas profesorowie z Wilna i Lwowa. Wszyscy, którzy z naszej klasy zdawali na studia, dostali się. Klasa zresztą była nieprzeciętna, nikt nie był pod linijkę, każdy był indywidualistą, koledzy porobili potem w swoich dziedzinach poważne kariery. Myśmy z Jurkiem najlepiej rysowali, więc kiedy trzeba było wymalować transparent na 1 Maja, zrobić dekoracje ku czci, przyozdobić ścianę znakiem ZMP, przypadało to nam – byliśmy dyżurnymi dekorantami. Potem w zamian mogliśmy opuścić nielubiany przedmiot. Polityka nas nie interesowała, ale mieliśmy niepisany kodeks wygłupów. Zdarzało się, że dorysowaliśmy komuś wąsy albo malując portrety działaczy, sportretowaliśmy naszych nauczycieli. Nie byliśmy bohaterami, mieliśmy po prostu skłonność do figli.

Razem pojechaliśmy do Wrocławia zdawać do Akademii Sztuk Pięknych. Wystroiliśmy się wtedy w gumowe płaszcze – pokazały się akurat w Wolsztynie. Myśleliśmy, że to coś modnego, a na miejscu okazało się, że to przeciwdeszczowe. Wróciliśmy do akademika prędko się przebrać. Mieszkaliśmy w tym akademiku do końca studiów. Bawiłem się na Jurka weselu, potem kontakty się rozluźniły. Ja zostałem na Dolnym Śląsku, on pojechał do Warszawy, ale nigdy włosa w zupie między nami nie było. Pamiętam, że jak zaczął pracować w Modzie Polskiej, to Jadwiga Grabowska bardzo go polubiła.

Jerzy Antkowiak / Fot. Ze zbiorów Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

Kalina Paroll, projektantka Mody Polskiej od początku lat 60., zaczęła pracę wkrótce po Antkowiaku: – Wzorcownia mieściła się w awangardowym budynku u zbiegu Tamki i Kopernika. To była niesamowita przestrzeń, w amfiladzie, bez drzwi. Na lewo siedziały krawcowe, na prawo pani Grabowska i my. Nie mieliśmy biurek, tylko stoliki, stołki i taborety z Cepelii, ciosane siekierką. Twarde jak cholera, ale sami to wymyśliliśmy. Na czarnej półce leżały zagraniczne żurnale. Przychodziły więc do nas dziennikarki i wertowały te żurnale jak elementarz. Przychodzili dziennikarze o dobrym guście, którzy mieli chrapkę na nasze modelki. Co oni wyprawiali! Wszystko, by je poderwać. No i w tym wszystkim musieliśmy jakoś pracować.

Jadwiga Grabowska sama nie rysowała – upinała materiał na manekinach albo mówiła, czego oczekuje, przeważnie na tyle precyzyjnie, że wiedzieliśmy, co robić.

List Roberta Kupisza do Jerzego Antkowiaka (Fot. Zbiory Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi)

Jadwiga Grabowska w filmie dokumentalnym Heleny Amiradżibi „Komu sukienkę”: – To nie może tak wisieć u dołu. Nie, nie, to nie jest to, różnica w ramieniu. Słuchaj, to jest zupełnie inaczej. Trzeba spruć i poprawić. Ja nie mogę zrozumieć, czemu to się tu marszczy… [trwają akurat przygotowania Mody Polskiej do Parady Jesieni w Cedecie. Modelki przymierzają kreacje, ona już się niecierpliwi, aż młody chłopak, który dotąd coś tam sobie rysował przy oknie, przynosi projekt] … – Ten!

Kalina Paroll: – Chyba była rada z nas wszystkich, ale najczęściej przechodziły projekty Jurka.

Lata 80. Barbara Hoff (Fot. ROBERT KROL, REPORTER, EAST NEWS)

Barbara Hoff, dziennikarka i projektantka mody: – Jako jedna z pierwszych napisałam w „Przekroju” o Modzie Polskiej. Obserwowałam, co tam robią. Z Jurkiem znam się od zawsze, najczęściej spotykaliśmy się na wyjazdach – czy to na targach w Poznaniu, czy na pokazach w Paryżu. Zawsze mówiliśmy wtedy: „Musimy spotkać się w Warszawie”, a potem znów widzieliśmy się gdzieś w świecie. Świetnie się z nim rozmawia, jest bardzo inteligentny, lubiłam z nim wymieniać uwagi na temat współczesnej mody. Szczególnie w Paryżu, gdzie tych ciuchów było mnóstwo, było to bardzo cenne. Ja, choć mój mąż by pewnie zaprzeczył, żeby wiedzieć, co jest w modzie ważne, muszę zobaczyć wszystko – pięć tysięcy bluzek, żeby wychwycić, że modne są różowe. Kapuję przez statystykę. A on widzi od razu.

Rafał Młodzikowski, model Mody Polskiej: – W połowie lat 70. brałem udział w pokazie kolekcji militarnej Basi Hoff. Pokaz w Teatrze Małym reżyserowała modelka Elżbieta Grabacz. Wtedy nie było pstryk fik: żeby reżyserować pokaz, trzeba było mieć uprawnienia, a Elka ich nie miała. By sprostać formalnościom, Jurek sprawował nad pokazem nadzór artystyczny. I zaproponował mi potem współpracę. Na próbę pojechałem z Modą Polską w trasę po Dolnym Śląsku. Potem były wakacje, pojechałem do Austrii zarobić jakieś pieniądze i któregoś dnia zadzwoniła moja mama, że był telefon z Mody Polskiej, że biorą mnie do kolekcji informacyjnej. Zapakowałem się do malucha i po dwóch dniach byłem na miarach.

Krystyna Wasylkowska, projektantka Mody Polskiej od początku lat 80.: – Praca w Modzie Polskiej to było spełnienie marzeń. Studiowałam w Łodzi projektowanie ubioru i już wtedy wiedziałam, że bardzo chciałabym tam pracować. Podobało mi się to, co robią, nie miałam pojęcia o całym tym splendorze, o wyjazdach.

Kiedy już, po kilku latach spędzonych w przemyśle, zaczęłam tam pracować od razu doceniłam wielką swobodę w projektowaniu. Jerzy nigdy nie mówił: „zrób to i tamto”, nie mówił: „to mi się nie podoba”, tylko poddawał projekty pod osąd całej grupy albo pytał, czy nie przemyślałabym jakiejś zmiany. A nie ma nic gorszego niż szef wtrącający się w pracę drugiego artysty. Był też bardzo sprawiedliwy w wyjazdach – jeździłyśmy wszystkie po kolei. A wtedy to się bardzo liczyło. W Lipsku były świetne buty.

Jerzy Antkowiak / Fot. Ze zbiorów Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi
List Roberta Kupisza do Jerzego Antkowiaka / Fot. Fot. Materiały prasowe

Rafał Młodzikowski: – Przed pokazem na targach w Lipsku byliśmy kiedyś strasznie głodni. Jedyne, co można było zjeść na szybko, to kurczaka – połówkę albo ćwiartkę. Zamówiliśmy więc tego kurczaka i piwo, ale nie było żadnej sałatki, chyba że kartofle z majonezem. W wazonie stał bukiet kwiatów, to były astry. No i Antkowiak opierdzielił cały bukiet tych astrów, zostały łodygi z pustymi łebkami. Przyszła kelnerka z rachunkiem, on kładzie 20 marek, ona mówi, że kurczak i piwo to 15, a on na to: „Ale jeszcze pięć za sałatkę”.

Innym razem na bankiecie, kiedy nie poczęstowali nas koniakiem czy wódeczką, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki perfumy Ferucci i uniósł flakon z hasłem: „Wasze zdrowie”. On potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji – niezależnie, czy w towarzystwie przez wielkie T, czy na dyskotece, zawsze ma w zanadrzu kawał, dykteryjkę albo jakiś erudycyjny kawałek.

Andrzej Domalik, reżyser, do niedawna dyrektor teatru Ateneum: – Kiedy jakieś piętnaście lat zamieszkałem w Komorowie, spotkałem Jerzego na peronie kolejki WKD. Podszedł do mnie i skomplementował stylowość mojego ubioru. Ja ubieram się prosto i niechętnie, ale wpadło mu w oko coś, co mogło się spodobać i zaczęliśmy rozmawiać jakbyśmy znali się od dekady. A choć wiedzieliśmy, kto jest kim, nie rozmawialiśmy nigdy wcześniej. Wkrótce przez przypadek spotkaliśmy się w pobliskiej Art Cafe i od słowa do słowa zaczęła narastać rozmowa, która trwa od tego czasu. Spotykamy się w miarę cyklicznie i rozważamy przyczynę wszelkich przyczyn.  

Kalejdoskop tematów jest dość szeroki. Od polityki, którą najchętniej byśmy pominęli, ale wisi nad człowiekiem jak jakaś taka czapa, spod której nie można się uwolnić. Na szczęście dużo więcej czasu nam zajmują rozmowy o sztukach wszelakich. Jurek jest uzależniony od książek, od muzyki, jest większym fanem teatru niż na przykład ja. Przychodził na premiery do Ateneum i potem zawsze oceniał. Zdarzały mu się, co mi się podoba, oceny bezkompromisowe, poza konwencją, która obowiązuje szczególnie podczas premiery. Wszyscy wiemy, jakie mamy czasem kłopoty, gdy chcemy powiedzieć, co sądzimy o tym, co przed chwilą widzieliśmy. On mówi.

Katarzyna Raszyńska, najmłodsza z projektantek Mody Polskiej, w firmie od 1986 roku: – Miał zawsze odważne, niezachowawcze pomysły, wtedy wydawało mi się, że nie na jego wiek. Był trochę po pięćdziesiątce, ja byłam po studiach. W pierwszej kolekcji, przy której pracowałam z jakichś powodów zabrakło sukni ślubnej. I powstała ad hoc – upinaliśmy szpilkami z halek, białej męskiej koszuli, złotego biretu, tiuli. On lubił improwizacje, żywioł. Czasem coś wydawało się od czapy, a jednak plastycznie miało sens. Nie miał zahamowań. Obserwowałam go, jak radzi sobie z językami obcymi. Nawet, jeśli nie znał, potrafił się porozumieć.

Jerzy Antkowiak / Fot. Ze zbiorów Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

Rafał Młodzikowski: W NRD zawsze powtarzał, że nie potrzebuje tłumacza, bo świetnie zna niemiecki. Bzdura, niemiecki zna jak ja filipiński. Kiedyś w Berlinie na wybiegu miał tłumaczkę, Niemkę. Zapytała, co było inspiracją do kolekcji. On na to, że „Cotton Club”. Ona na to coś o „baumwolle”, a on, że „nein, das is eine amerikanisch film”. Garderoba ryknęła śmiechem, ludzie na widowni milczeli, bo nie wiedzieli, o co chodzi.

Barbara Hoff: – On znakomicie gada, ma do tego talent. Świetnie prowadził pokazy.

Krystyna Wasylkowska: – Raz gdzieś się zapodział, spóźnił się na pokaz, a trzeba było zaczynać. Uchodziłam za odważną, więc koleżanki wypchnęły mnie do zapowiadania. Z trudem wydukałam, że dzień dobry państwu, zapraszam na naszą wiodącą kolekcję. Może dodałam coś o autorach i że została zrealizowana w ośrodku wzornictwa Mody Polskiej. On w takich zapowiedziach był uroczy, sypał anegdotami, malowniczo opowiadał. Nie było w nim lęku przed mikrofonem.

Jerzy Antkowiak / Fot. Ze zbiorów Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

Kalina Paroll: – Był niezwykle oddany rodzinie. Darzył estymą żonę, panią Danę. Oglądała nasze kolekcje, mówiła, co myśli o pokazie i było to dla nas bardzo ważne. Woził córkę na zajęcia baletowe. Przejmował się jej karierą. Raz zrobił mi z tego powodu numer, którego pewnie by się wyparł. Nadarzyła się okazja do występu w telewizji z ważną osobą z kręgów opery i baletu. Zapakował na tę okoliczność moją kolekcję z jedwabi milanowskich i pojechał do telewizji. Nie wspomniał, że to moja kolekcja. Z kolei innym razem spotkaliśmy się na dworcu Centralnym, a on uklęknął przede mną w holu z bukietem pięćdziesięciu czy stu róż: „Kalina, ty mi przebacz. Wiesz, jaki jestem”. Krótko mówiąc, Jurek robił hopsztosy, ale mu się wybaczało. To pełen uroku człowiek.

Julia Kromolicka, tegoroczna absolwentka projektowania ubioru w poznańskiej School of Form, wnuczka Jerzego Antkowiaka: – Dziadek ma charakterek, nie można powiedzieć, że nie. Potrafi dokuczyć, coś wtrącić. Ale w domu przeważnie jest ciepły i rodzinny. Mieszkam w Poznaniu, ale w dzieciństwie spędzałam u dziadków w Komorowie długie wakacje. Wzruszało mnie, że dziadek codziennie wstaje pierwszy i robi babuni kawę do łóżka. Potem ja przychodziłam do babci, a on przynosił kanapki i jajecznicę. Rano wstawał i sam to przygotowywał, to takie ciepłe i kochane.

Robet Kupisz, projektant mody: – Zawsze marzyłem, żeby projektować modę, ale pod koniec lat 80. w Kielcach nie było to takie łatwe. Nie wiedziałem, jak to zorganizować. Chciałem zdawać do szkoły plastycznej w Łodzi, ale wystraszyłem się, nie pojechałem nawet na konsultacje. Wysyłałem rysunki do gazet, w lokalnym „Echu dnia” co tydzień pisałem o modzie i wreszcie zebrałem się na odwagę i napisałem list do Jerzego Antkowiaka. Moda Polska była wtedy szalenie prestiżowa, a on był jedynym projektantem, o którym się słyszało. Niepodważalnie był wówczas numerem jeden. No, ale nie odpisał. Nie odpisywano też z tych gazet, do których wysyłałem rysunki. W końcu wszystkie te swoje projekty schowałem, czy nawet wyrzuciłem i zająłem się szkołą tańca, którą prowadziłem przez dziesięć lat. Marzyłem wtedy, że zjawi się dobra wróżka, odczaruje mnie i wyciągnie z Kielc. Nic takiego się nie stało, w końcu odczarowałem się sam i w wieku 45 lat zrobiłem pierwszą kolekcję. Przeszedłem długą drogę, ale może dobrze, bo zdążyłem pozbyć się kompleksów, nie czekam na to, aż ktoś mnie oceni, oceniam się sam.

Pokaz mody przedsiebiorstwa panstwowego Moda Polska, Warszawa, 05.02.1989. / Fot. Fot. Andrzej Marzec, EAST NEWS

Bogna Sworowska, modelka Mody Polskiej w latach 80.. W 1987 r. wice Miss Polonia: – Byłam bardzo młoda, kiedy znalazłam się w zespole Mody Polskiej i było to szalenie dowartościowujące. Tam, pod okiem Jurka i wspaniałych profesjonalnych modelek, uczyłam się, jak chodzić, jak się malować, ubierać. Mówiono wtedy na mnie „Kajzerka”, a dzięki Jurkowi pozbyłam się pewnych kompleksów.

Katarzyna Raszyńska: – Kiedy Woolmark organizował konkurs dla młodych projektantów, pamiętał, by mnie tam wysłać. Dostałam trzy nagrody, w tym pierwszą.

Andrzej Domalik: – Przez te piętnaście lat przybyło nam to wszystko, co piętnaście lat ze sobą niesie. Na szczęście nie w sposób drastyczny. Jurek trzyma się dzielnie. Nie marudzi i nie zrzędzi, a to jest cecha wyjątkowa. Raz, że antypolska, dwa – z powodu wieku. Zrzędzenie jest przypisane do starości jak pole do chłopa. A on szczęśliwie się temu wymyka. Nie wiem, czy on czyta Marka Aureliusza, ale nawet jeśli nie, to zdecydowanie jest w kręgu myślenia stoików. Staram się uczyć tego od niego.

Bogna Sworowska: – Mody Polskiej nie ma już dwadzieścia lat, mnie w Modzie Polskiej dużo dłużej. Ale ciągle pozostajemy w kontakcie. W piątek jak co roku wpadniemy do Jurka z życzeniami.

*

Na tegorocznych urodzinach w Komorowie zjawi się także ekipa Tomasza Ossolińskiego, który pracuje nad filmem dokumentalnym o projektancie. Premiera w przyszłym roku, a wcześniej – 5 października w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi rozpocznie się wystawa poświęcona twórczości Jerzego Antkowiaka i Modzie Polskiej, której Ossoliński jest kuratorem. „Vogue” objął nad przedsięwzięciami patronat.

Aleksandra Boćkowska - dziennikarka, autorka książek "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” i „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL”. Współpracuje m.in. z „Gazetą Wyborczą” i „Wysokimi Obcasami Extra”. Wcześniej redaktorka w magazynach „Elle” i „Viva! Moda”. 

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę