
Z seansu filmu „Jay Kelly”, który dla George’a Clooneya stworzył reżyser Noah Baumbach, wszyscy widzowie będą zadowoleni. Startujący w konkursie 82. Festiwalu Filmowego w Wenecji portret gwiazdora to hołd dla złotej epoki Hollywood. Czuła, melancholijna rozrywka powstała z miłości do kina.
– Kręcąc film o gangu, opowiadasz o rodzinie, robiąc film o kosmosie, opowiadasz o religii, a kręcąc film o aktorze, opowiadasz o ludzkiej tożsamości – powiedział Noah Baumbach, reżyser „Jay Kelly”, na konferencji prasowej w Wenecji. Wybierając temat kryzysu wielkiej osobowości kina, siłą rzeczy mówi o kryzysikach rozsadzających nasze mrówcze życia. Nierzadko te mikrowybuchy powodują gigantyczne straty, ale o tym się nie myśli, gdy jest się zatopionym w rozkoszy eksplozji.
Film „Jay Kelly” w reżyserii Noaha Baumbacha przypomina, że trudno nie kochać kina
Każdy bywa aktorem w swoim życiu albo też gra bez przerwy, nie czując, gdzie kończy się skonstruowana przez niego persona przydatna do wykonania konkretnych zadań, a zaczyna kawałek może niepraktyczny, ale bardziej autentyczny. Na tej granicy, którą spowija mgła naszych jaźni, spotkamy się w eliminacjach konkursu na sobowtóra Jay’a Kelly’ego. Dlatego nietrudno odnaleźć w bohaterze granym przez George’a Clooneya również swój kawałek. Może go dostrzec osoba skoncentrowana na pracy, osamotniona przez członków dawno niewidzianej rodziny czy po prostu czująca, że dotychczasowe życie już jej nie wystarcza.

Do kolejnego etapu konkursu na sobowtóra przejdą ci, którzy podobni są bardziej. Na pudle staną tylko znający smak rozpoznawalności. Na szczycie jeden on, ale uwaga, ma wiele imion: Gene Kelly, Cary Grant, Robert De Niro, Jay Kelly i George Clooney. Tytułowy bohater filmu jest jak parasol, który obejmuje ściśle parę osrebrzonych siwizną głów, a potem rozciąga się wokół, żeby na nikogo nie kapało. Można słuchać, jak sypie miękko srebrny pył – symbol sztuki filmowej. Drobinki wirują w snopie światła z projektora, a na rozpiętej białej płachcie tworzy się złudzenie ruchu, buduje sugestia życia, które toczy się po raz pierwszy przed naszymi oczyma. Trudno nie kochać kina – królowej iluzji.
„Jay Kelly” opowiada o sztuce filmowej, ale to też przejmujący portret starzejącego się mężczyzny

„Jay Kelly” lekko i nostalgicznie opowiada o sztuce filmowej, o tym, co w rozrywce znaczy popularność i jak z tej perspektywy wygląda reszta świata. Że akcja toczy się współcześnie, to jednak iluzja – znajdźcie bowiem bezludną wyspę, dokąd nie dociera AI. Tu właśnie jesteśmy. Nie słyszano tu pojęć: green screen, mock-up, NDA, SAG-AFTRA.
Nie jest to satyra na aktualną branżę, ważny jest gwiazdor smutny sam w basenie, pakujący kufry i myślący, dokąd polecieć swoim jetem. To on odbija się w oczach innych, zamknięty w wysokim zamku niczym z „Bulwaru zachodzącego słońca”, „Wszystko o Ewie” czy „Co się zdarzyło Baby Jane” – kino tamtej epoki stanowi punkt wyjścia dla tej historii. Dzieje się tak dzięki pasji reżysera Noah Baumbacha, wytrawnego kinomana, syna krytyczki filmowej, który w Nowym Jorku kuratoruje pokazy o historii kina i z wielką erudycją zapowiada wybrane seanse. O ile tamte filmy opowiadały o starzejących się diwach, kobietach, to portret mężczyzny w tak dramatycznym ujęciu stanowi pewne novum. Czernienie pastą skroni, malowanie flamastrem brwi – te czułe gesty pozwalają odzyskać kruchą godność starego aktora.
Teraźniejszość kina zdaje się coraz bardziej zadłużona w przeszłości.
Owszem, Hollywood interesuje się głównie samo sobą, żeby przywołać choćby najgłośniejsze tytuły ostatnich lat, takie jak „Babilon”, „Pewnego razu w Hollywood” czy „Mank”. Ten jednak wpisuje się w nurt portretów epoki wielkich studiów, ówczesnych herosów i heroin, o których nie wiedziano więcej niż to, w czym grali i z kim się rozwiedli. Nie zaglądano im do worka na śmieci, nie czerpano z krynicy mądrości ich tweetów. Nie nagrywali głupawych filmików na zmianę z manifestami przeciwko ludobójstwu. Uff, to musiały być piękne czasy. Choć może wcale nie, chaos życia bez względu na epokę pozostaje niezmienny. Jesteśmy jednak na planie zdjęciowym, tu czas stoi w miejscu.
Film „Jay Kelly” z Georgem Clooneyem w roli głównej stapia aktora z bohaterem. Przypomina, że na granicy prawdy i udawania przebiega niebezpieczna linia zatracenia siebie

„Jay Kelly” zaczyna się czystą magią filmu w filmie. W rejwachu trudno dostrzec, gdzie stoi kamera. Przewalają się tłumy ludzi wchodzących sobie w paradę, z których każdy ma inne zadanie. Z chaosu wyłania się moment skupienia: cisza na planie! Klaps! I widzimy, na co pracują ci wszyscy ludzie. Scena rozgrywa się nocą na nabrzeżu: heros wygłasza końcowy monolog, a jego koszula nasiąka krwią. W ten sposób poznajemy kunszt Jay’a Kelly’ego (George Clooney). Zagrał pięknie, wszyscy są zachwyceni, ale on chce dubla.
„Wszystkie moje wspomnienia to filmy” – mówi w pewnym momencie i odcina się od chwil, które przeżył poza kostiumem aktora. Jeśli nawet takie były, wchłonęły je role. Jay Kelly przypomina sobie zakochanie, ale nie jedno z rzeczywistych, lecz to, które zagrał z aktorką w scenie miłosnej, widząc ją po raz pierwszy w życiu. Podczas imitacji pieszczot tak się akurat zdarzyło, że puściła bąka. Realność przerwała iluzję. Roześmiali się i on już był zabrany przez złudzenie. Rozregulowanie emocji, właściwe dla sztuki aktorskiej, rozsadza skalę i daje wrażenie silnego połączenia między ludźmi, choć ma miejsce tylko w wyobraźni, uczucie staje się faktem. Tam, gdzie prawda łączy się z udawaniem, przebiega niebezpieczna linia zatracenia siebie.
W finale filmu „Jay Kelly” bohater opuszczony przez wszystkich prócz swego agenta otwiera retrospektywę swojej twórczości. Widzimy go wzruszonego na widowni. Światło gaśnie, a na ekranie ukazuje się montaż ról prawdziwego Clooneya: młody chłopak z „Ostrego dyżuru” wyrasta na talent w „Od zmierzchu do świtu”, dojrzewa w „Ocean’s Eleven”, w „Good night and good luck” statecznieje. Całe życie uchwycone w parę minut. Clooney/Kelly ma łzy w oczach. Granica tożsamości zaciera się. Film stapia aktora z jego bohaterem.

Równorzędną rolę obok aktora odgrywa agent Ron. Adam Sandler robi to z wyćwiczonym entuzjazmem pomieszanym z cierpieniem. Ile można rezygnować z siebie na rzecz misji, sztuki, idei, a zwłaszcza dla innej osoby? Czy można nazywać się czyimś przyjacielem, gdy pobiera się 15 proc. jego dochodów? Sandler nie jest tu Sancho Pansą, lecz takim samym Don Kichotem jak Jay Kelly. Gdy zmęczony, z jetlagiem, odtrącony, na moment rozkleja się, robi to tak, że jego cierpienie błyskawicznie staje się zabawne. Aktor, znany z przesadzonych komediowo ról, tym razem ściszył zwyczajowy ton i w półgłosie wybrzmiewa długo skrywany ból jego postaci. Poświęcił się dla artysty, umożliwił mu karierę. Stał się jego cieniem.
Właściwym cieniem jest jednak Timothy (świetny Billy Crudup), któremu zdaje się, że przez kolegę stracił karierę i życie osobiste. Podczas opartego na mistrzowskim czytaniu pozycji w menu i pozorowanej sympatii spotkania w barze atmosfera gęstnieje. Płynne przejście do retrospekcji ukazuje ich jako początkujących aktorów. Czy o sukcesie decyduje talent, czy może odwaga, która przychodzi znikąd w odpowiedniej chwili? Wątek przeznaczenia, niesprawiedliwości losu zostaje potraktowany poważnie, ale lekko. Wielkie gesty dostają policzek ironii, groteska urasta aż do niesmaku. Baumbach umie znakomicie używać tych środków. Dzięki temu jego film ogląda się wartko, płynnie, z przyjemnością. Rozrywka w dobrym stylu.
„Jay Kelly” jest pełen cytatów z historii kina. Tak jakby reżyser Noah Baumbach tęsknił za doświadczeniem, które sprawiło, że kręci filmy
Skoro Jay Kelly nie dostrzega zwyczajności życia, kim są dla niego ci, którzy go otaczają? Dłońmi, które podają napój lub trzymają kierownicę. Ramionami, na których może się wesprzeć w razie potrzeby. „Oferujemy miłość bezwarunkową jak rodzice czy wyobrażeni przyjaciele” – mówią jego dworzanie. I powoli odchodzą.

Zostaje żona Rona Lois, aby wspierać go w wyjściu z toksycznej relacji. Greta Gerwig niestety znika w mgnieniu oka. Szkoda, że Noah Baumbach nie utrzymał dłużej wzroku na jej postaci. Przecież to jej charyzma i żywioł stworzyły „Frances Ha” – film, który wzniósł karierę obojga na inny poziom i uczynił ich parą. W epizodach filmu „Jay Kelly” pojawia się wielu nieznanych z punktu widzenia Hollywood aktorów: Alba Rohrwacher jako przerysowana Włoszka, Lars Eidinger jako niemiecki „mamil”, czyli middle-age man in lycra – mężczyzna śmiertelnie poważnie traktujący rowerową pasję. Stereotyp grają też Patsy Ferran i Jamie Demetriou jako ultrabrytyjscy turyści i tu film zbliża się do Wesa Andersona, z którym Noah Baumbach napisał scenariusze „Podwodnego życia ze Stevem Zissou” i „Fantastycznego Pana Lisa”.
Ważną postacią w gwiazdozbiorze „Jay’a Kelly’ego” jest szefowa promocji aktora. Liz, grana przez Laurę Dern, wciąż pamięta, że kiedyś nie wróciła na romantyczną kolację, bo wybrała pracę. Nigdy nie dowiedziała się, że czekał na nią pierścionek zaręczynowy. Dern dostała Oscara za rolę w „Historii małżeńskiej”. To film, o którym ostatnio zrobiło się głośno z zaskakujących powodów. Scenę kłótni między rozwodzącymi się małżonkami, których w „Historii małżeńskiej” zagrali Scarlett Johanson i Adam Driver, w zachodniej części Stanów Zjednoczonych puszcza się wilkom, by odgonić je od ataku na zwierzęta hodowlane.
Jaka scena może wejść do użytku publicznego z nowego obrazu Baumbacha? Jest ich tyle, że trudno się zdecydować. Czy którakolwiek z nich jest szczególnie wyjątkowa?

„Czasem ilość robi wrażenie” – miał podobno powiedzieć Francois Truffaut, cytowany przez starego reżysera (Jim Broadbent), który nie ma w dorobku większego sukcesu. „Filmowcy to chorzy ludzie” – ten cytat z Truffauta lepiej pasowałby do zastosowania w „Jay Kelly”.
Scenariusz Noah Baumabacha i Emily Mortimer jest pełen bon motów.
„Śmierć zawsze zaskakuje, zwłaszcza w L.A.”
„Jesteś gorszy niż Rosja”
„Wykonywałam tylko swoją pracę – wymówka nazisty”
Cytaty mogą zmęczyć, gdy są w nadmiarze, ale właściwie użyte łączą różne poziomy pamięci. Gdy dzisiejsi kochankowie porozumiewają się cytatami z „Kabaretu Starszych Panów”, wpisują swoje uczucia w prehistorię upadków i wzlotów ludzkości. Gdy dzisiejszy filmowiec posługuje się cytatami z historii kina, tęskni za tym doświadczeniem, które sprawiło, że kręci filmy.
– Wiem, jak ten film się kończy – mówi w filmie „Jay Kelly” reżyser, którego ostatnie słowa zacytowane są na jego pogrzebie. Aktorzy, zapytani na konferencji prasowej, jak zakończyliby swoje filmy, odparli:
– Blisko, ale niezupełnie. (Billy Crudup)
– Co to było, do cholery. (Adam Sandler)
Zaś koniec filmu, który widział reżyser na łożu śmierci, brzmiał po prostu: „miłość”. Jest jej w filmie bardzo dużo. Niektórzy nazwą to sentymentalizmem. To jednak punkt wyjścia do robienia czegokolwiek.
Zaloguj się, aby zostawić komentarz.