Znaleziono 0 artykułów
14.05.2022

Demontaż atrakcji. „Boscy”

„Boscy” /  Fot. Manolo Pavon (Fot. Materiały prasowe)

W tle filmów Gastóna Duprata i Mariano Cohna zawsze są koneserzy sztuki, ikoniczne budowle, luksusowe samochody. Świat w tzw. dobrym guście kompletnie wykpiony. Czarna komedia „Boscy” to relacja z prób kręcenia arcydzieła. Kaprys bogatego starca, który rozumie, że kino jest maszynką do tworzenia prestiżu. Dlatego kupuje najdroższą powieść nagrodzonego Noblem autora, zatrudnia najmodniejszą reżyserkę i najsławniejszych aktorów – wszystko, co najlepsze. To się nie może udać!

Primadonna to kobieta. Aktorka ze spalonego teatru też. A złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy. Rozwydrzone artystki są rodzaju żeńskiego. A mężczyźni artyści? Mogą co najwyżej być próżni, nadęci, zadufani w sobie, ale brak metafor, które czynią te cechy uniwersalnymi. Mówi się „geniusz”, nie „geniuszka”. Widać w języku (przynajmniej polskim), dla kogo miejsce na szczycie jest zarezerwowane. Jest tu mniej przestrzeni na ironię, a więcej na akceptację tego, że mężczyźni lubią czuć się najważniejsi. Moja 96-letnia babcia radzi mi często, żebym dała sobie spokój z szyderstwami, bo tacy już są, dumni jak pawie ze swoich mikrych osiągnięć. Nie uświadomisz im prawdziwej skali, gdy złowią taaaką rybę. Nie strącisz ich z piedestału, nie pomoże też dogryzanie. Pogodzenie się z męskim narcyzmem jest, zdaniem babci, częścią losu kobiety. „Niech myślą, że są wielcy, co ci to przeszkadza”. Jeśli drwisz z ich ego, będziesz ich wrogiem. Wrogiem, nie wroginią, bo ta akurat sytuacja jest zarezerwowana dla rodzaju męskiego.

Jednak milczenie to nie moja specjalność. Co może więc zrobić kobieta, którą mierzi bezkrytyczny zachwyt nad przecenianą ważnością dokonań niektórych mężczyzn? Może spalać się w walce o równość, co w oczach wielu zmienia ją w żądną krwi kreaturę. Może stać się pustelniczką i słuchać echa własnych słów rozchodzących się po pokoju. Może też napuścić dwóch samców na siebie, by z zadowoleniem przyglądać się, jak wzajemnie się wykańczają. Ta ostatnia taktyka daje wiele satysfakcji. Wybiera ją Lola Cuevas, bohaterka filmu „Boscy”, i znakomicie ją rozumiem. Przecież nikt tak nie zgrilluje egotyka, jak inny egotyk. Dlatego Lola, modna reżyserka filmowa – grana przez Penélope Cruz we wspaniałej, groteskowej metamorfozie – wybiera do ekranizacji książkę „Rywalizacja”, a w głównych rolach obsadza największych krajowych aktorów, którzy nigdy nie mieli okazji stanąć przeciw sobie na filmowym ringu. Każdy z nich jest narcystyczny na swój sposób, ale obaj są do bólu stereotypowi.

„Boscy” / Fot. Samantha Lopez, (Fot. Materiały prasowe)

Banderas vs. Martínez

Félix Rivero ma twarz i emploi Antonia Banderasa – ten przystojniak z obsesją na punkcie swojego wyglądu od lat grywa Latynosów w Hollywood. Ładnie grających na gitarze, acz niezbyt mądrych. Kompleksy leczy trofeami płci żeńskiej. Dobrze zna reguły show-biznesu, dlatego zapewnia fanów, że je tylko wegańskie, bezglutenowe, lokalne jedzenie. Chętnie wrzuca do mediów społecznościowych storkę o tym, aby ratować ginące różowe delfiny, ale jeszcze chętniej spędza wieczór w elektrycznym gorsecie, pobudzając zwiotczałe mięśnie brzucha. Lawiruje między kochankami. Zawsze się spóźnia, trudno mu bowiem porzucić hedonizm i zabrać się do pracy. Ale gdy już gra, jest w tym cały i zaprawdę trudno mu dorównać. To Banderas na sterydach, cudownie przerysowany. Naigrawa się ze swego wizerunku i chwała mu za to.

„Boscy”/ Fot. Manolo Pavon, (Fot. Materiały prasowe)

Jego przeciwnik Iván Torres jest pewnie w tym samym wieku, ale wygląda, jakby mógł być jego ojcem. Siwizna budzi respekt, wszak to otoczony estymą aktor teatralny. Uważa, że sztuka to misja, dla której się poświęca. Przed aktorstwem przez wielkie A trzeba posypać głowę popiołem. Wysławia się umyślnie ściszonym tonem, unika przekleństw, a także wszelkich przywilejów. Zastrzega w kontrakcie, że nie lata biznesklasą, by każdym gestem upominać się o sprawiedliwość. A poza tym nie patrzeć na pasażerów ekonomicznej z wyższością lub poczuciem winy. Oto fałszywa skromność na pokaz, najwyższy wyraz dystynkcji! Triumf nad tymi, co chcą, mają, korzystają. Czas wolny spędza więc Iván z małżonką, autorką książek dla dzieci, kobietą w swoim wieku, w mieszkaniu zawalonym książkami. Słuchają muzyki eksperymentalnej, prowadząc pretensjonalne dyskusje. Uprawiają ekskluzywne ubóstwo nasączone pogardą. Tego aktora, który ma rząd dusz, ale nie ma grosza przy duszy, gra Oscar Martínez, znany u nas głównie z argentyńskich filmów, „Dzikich historii” (2014) Damiena Szifróna czy „Honorowego obywatela” (2016) duetu reżyserów, który teraz daje nam „Boskich”.

Mrożąca krew w żyłach… sztuka

W tym ostatnim filmie Mariano Cohn i Gastón Duprat wzięli na warsztat świat literacki, bohaterem czyniąc noblistę (w tej roli wspaniały Martínez), który wraca do rodzinnej wioski i konfrontuje się z własnym mitem. Pisarz nagle znajduje się w tak trudnych sytuacjach, że nie wie, kim już jest w istocie. Uwięziony w szczerym polu, zamiast papieru toaletowego jest zmuszony użyć swojej książki. Z tego filmu twórcy zaczerpnęli utwór „Rywalizacja” jako punkt wyjścia do intrygi „Boskich”. Ich kino działa jak domino – jeden klocek uruchamia następny, tworząc wspólną układankę.

„Boscy” / Fot. Samantha Lopesz, (Fot. Materiały prasowe)

W dwóch innych filmach wykpili sztuki plastyczne. „El Artista” (2008) mówi o pracowniku domu seniora, który sprzedaje jako swoje rysunki tworzone przez nieświadomego pacjenta. W chwili, gdy rynek sztuki współczesnej określa go mianem najbardziej trendującego artysty Ameryki Łacińskiej, starzec umiera i pojawia się pytanie, kto będzie kontynuował jego „świeżą i nowatorską” twórczość. „Moje arcydzieło” (2018) opowiada o galerzyście, który próbuje pomóc zaprzyjaźnionemu malarzowi – czy da się „naprawić” kiczownika, który stracił pamięć? Nauka tego, co jest jedyne właściwe w sztuce, przysparza bohaterom wielu perypetii. W tle filmów Duprata i Cohna zawsze są koneserzy sztuki, ikoniczne budowle, luksusowe samochody. Świat w tzw. dobrym guście kompletnie wykpiony.

W „Sąsiedzie” (2009) reżyserzy portretują młodego architekta, który spełnia marzenie, zamieszkując w budowli Le Corbusiera. Niestety, kontrola nad estetyką otoczenia okazuje się niemożliwa, gdyż sąsiad prymityw wycina okno w swojej ścianie, psując widok i prowokując konfrontację tego, co piękne, a co brzydkie. Poczucie absolutnej racji i snobizm są najczęstszym celem ataku twórców. Kręcą czarne komedie, jak ta o złodzieju uwięzionym w kradzionym aucie („4 x 4” z 2019 r.) czy agencie nieruchomości, który dostaje szansę życia na nowo („Querida voy a comprar cigarrillos y vuelvo” z 2011 r.). Jednak i ich dokumenty, takie jak „W świecie asado” (2016) Netfliksa, pełne są przewrotnego poczucia humoru. Opowieść o argentyńskiej wołowinie staje się portretem kultury macho, bezkrytycznej wiary w siłę własnych przekonań. Sednem jest kpina z powszechnych opinii na temat kultury, doprowadzonych do absurdu. Duet manipuluje podstępnie oczekiwaniami widza, buduje świat z rzeczy, które wydają nam się oczywiste, a potem zderza je ze sobą i tego nie komentuje. Akcja oparta jest na przemilczeniach. Napięcie rośnie i nikt nic z nim nie robi. Nie wiadomo, dokąd to zmierza. Wydaje się, że ekran zaraz eksploduje.

„Boscy” / Fot. Manolo Pavon, (Fot. Materiały prasowe)

Konkurs główny i niszczarka nagród

Najbardziej ze wszystkich dziedzin dostaje się jednak środowisku filmowemu, któremu Cohn i Duprat poświęcają „Boskich”. „Competencia oficial” brzmi oryginalny tytuł. Szkoda, że nie zachowano wiernego przekładu, pewnie nie wierząc, że widzowie poszliby do kina na seans brzmiący tak enigmatycznie.

Premiera odbyła się na ostatnim festiwalu w Wenecji, więc było wspaniałym żartem, że film o tytule „Konkurs główny” był jednym z tytułów konkursu głównego. Skazany na sukces, można powiedzieć. Oglądanie go tam pośród ważnych, aktualnych produkcji na jakże istotne tematy było prawdziwym wytchnieniem. Satyra na przemysł kinematograficzny, świat festiwali i jego aktorów: producentów, reżyserów i gwiazdorów była nie do przecenienia na pokrytym czerwonymi dywanami Lido.

Warto się czasem zastanowić: dlaczego w ogóle powstaje tzw. artystyczny film? Z myślą o widzach? Żeby twórcy mieli co robić? Żeby istniały festiwale, na których media sfotografują najlepsze kreacje?

W „Boskich” przyczyną realizacji filmu jest kaprys bogatego starca, który rozumie, że kino jest maszynką do tworzenia prestiżu. Dlatego kupuje najdroższą powieść autora, który dostał Nobla, zatrudnia najmodniejszą aktualnie reżyserkę i najsławniejszych aktorów (plus własną córkę, bo cóż poradzić, że akurat najlepiej wypadła na castingu). Bierze wszystko, co najlepsze. To się nie może udać! Cały film jest więc relacją z prób kręcenia arcydzieła.

„Boscy” / Fot. Manolo Pavon, (Fot. Materiały prasowe)

Relacją okrutną, bo prawdziwą. Bezwzględna scena castingu pokazuje, jak w tej branży traktuje się aktorów, którzy grają ogony, czyli 99 proc. osób parających się tym zawodem. Świat sztuki jest bowiem bezlitosny: albo jesteś niczym, albo masz wszystko. Będąc na szczycie, można stracić dystans do siebie, czego trójka głównych postaci jest najlepszym dowodem. Święcą małe triumfy, udają, że wierzą w siebie bardziej niż to prawda, rywalizują.

Dlatego odbywają trening, który ma pozbawić ich przywiązania do ego. Skrępowani folią muszą patrzeć, jak statuetki zdobyte przez nich w przeciągu całej kariery są wrzucane do niszczarki – Oscary, Złote Palmy, Niedźwiedzie i Goye. Jak również te nieistotne, a bliskie sercu, bo ofiarowane choćby przez niepełnosprawne dzieci. Co ciekawe, miażdżone efektownie nagrody (a jest to szczególnie fotogeniczne!) w pewnej mierze bazują na tym, co rzeczywiście otrzymali Penélope Cruz, Antonio Banderas i Oscar Martínez. Tyle że z tej trójki najwięcej uzbierała Cruz i to ona miałaby najwięcej do zniszczenia.

Brak na twarzy Penélope Cruz

Tymczasem aktorka nie niszczy, ale tworzy nową siebie. Rola przemocowej, szalonej reżyserki, którą stworzyła w „Boskich”, jest najlepszą w dorobku Cruz od długiego czasu. Może nawet od czasu „Vicky Cristiny Barcelony” (2008), za którą dostała Oscara. Tu jednak nie jest zmysłowa wprost, nie wydyma warg, nie robi słodkich minek. W peruce i makijażu jest nie do poznania, emanuje zupełnie inną energią niż ta, jaką znamy z jej ról uroczych, zmysłowych, ciepłych kobiet po przejściach, które uśmiechają się promiennie, robiąc wielkie oczy. Tu Penélope eksponuje mocny chód i chłód. Jej motywacja jest nieprzenikniona. Zamknięta w sobie, perfidna ruda małpa manipuluje aktorami i poświęca wszystko dla swojego filmu. Nie chwali się, nie tłumaczy, zna swoją wartość. Kroczy do celu dosłownie po trupach. Można by ją pozwać w #metoo, gdy markuje scenę pocałunku, upokarzając mężczyzn, którym wydaje się, że wiedzą, jak podniecić kobietę. Lubi wzbudzać lęk, dlatego zawiesza nad głowami zespołu wielki kamień. Cudowna scena pokazuje jej monolog do rury z odkurzacza. Rodzaj autoterapii, a raczej bełkotu skoncentrowanej na sobie narcyzki. Czyli kobiety też myślą, że są nie wiadomo, jak wielkie? „Zdarza się i tak”, dodałaby moja babcia.

„Boscy” / Fot. Manolo Pavon, (Fot. Materiały prasowe)

Akurat nie ona, lecz inny starszy pan, przyjaciel rodziny, powiedział kiedyś, że nie rozumie fenomenu urody Penélope Cruz, gdyż jej twarz posiada absolutnie niewłaściwe proporcje. Był artystą grafikiem i pamiętam, jak rozrysował na zdjęciu aktorki różne linie. Próbował udowodnić, że gdy usta i nos znajdują się zbyt blisko siebie, nie można mówić o pięknie. Śmialiśmy się z tego, odpowiadając, że chodzi o wyraz, ogólne wrażenie. Nie dało się go przekonać, powtarzał, że brak „powietrza” nad górną wargą i te rysy nigdy nie znajdą harmonii. To też jeden z mitów, że w pięknie chodzi o złoty podział. Od tamtej pory zawsze, gdy widzę Cruz, uważnie jej się przyglądam. Nie widzę żadnego braku. Może więc moje spojrzenie jest wybrakowane.

W „Boskich” oglądam ją i resztę obsady w minimalistycznych, eleganckich ujęciach, statycznych kadrach, dalekich planach skomponowanych w brutalistycznej, betonowej architekturze. Wpasowują się w nią idealnie. Są wręcz dla tych wnętrz idealnymi mieszkańcami, ich wytworami. Nawet ciuchy mają idealnie skrojone pod interior design. Kamera pokazuje ich w napięciu, upozowanych jak tableau vivant, czyli żywe obrazy, które czekają na sygnał, jaki nigdy nie nadchodzi. Ten sposób pokazywania postaci w ogromnych, pustych wnętrzach nadaje pompatyczności historii, która jest niczym innym, jak farsą. Kłamstwo, prowokacja, zazdrość mogłyby stanowić temat błahej komedyjki. Została jednak nakręcona w taki sposób, że daleko jej do banału. Walka kultury niskiej z wysoką, będąca tematem tego filmu, odzwierciedla się też w nim samym: niskim temacie, do którego wybrano wysoką formę. Bo to podziały z gruntu fałszywe, wierzą Duprat i Cohn. Tak, ale tkwi tu paradoks. Gdyby nie odziali farsy w elegancki frak, nigdy nie znalazłaby się w konkursie głównym w Wenecji, nawet mimo tytułu.

„Boscy” / Fot. Manolo Pavon, (Fot. Materiały prasowe)

 

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę