Znaleziono 0 artykułów
31.08.2025

Idolka brawurowa: Skomplikowany życiorys Sinéad O’Connor

31.08.2025
(Fot. Frans Schellekens/Redferns)

Dziś autentyczność wytraciła swój ciężar, ale gdy pyskata, potwornie wrażliwa dziewczyna z ogoloną głową wychodziła po raz pierwszy na scenę, była bezcennym kapitałem. Sinéad O’Connor do końca pozostała wierna sobie, własnej wizji muzyki i przekonaniu, że sztuka służy opowiadaniu prawdy o świecie, a nie zarabianiu pieniędzy.

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

„Tylko nie rób z tego litanii nieszczęść” – napisała w wiadomości do Simona Hattenstone’a, dziennikarza z redakcji brytyjskiego „The Guardiana”, po jednym z wywiadów. Hattenstone w artykule, który napisał po śmierci Sinéad O’Connor w 2023 roku, podkreślał, że muzyczka niezależnie od tego, czy akurat opowiadała o stosującej przemoc matce, czy zmaganiach z chorobą psychiczną – zawsze domagała się, by nie robić z niej ofiary. Jej historia jest w końcu historią triumfu. Nie dała się złamać. Okrutnej matce, która się na niej wyżywała. Branży, która chciała z niej zrobić seksownego kociaka. Światu, który woli, żeby takie jak ona siedziały cicho.

Dom zły: Jak wyglądało dzieciństwo Sinéad O’Connor?

Matka sadystka kazała jej rozbierać się do naga i biła dziewczynę, aż sama opadła z sił. W 2017 roku O’Connor zdecydowała się wystąpić w amerykańskim talk show „Dr. Phil”. To dość niezręczny format, ekshibicjonistyczny, choć utrzymany w tonie czułej sesji terapeutycznej, bo prowadzący Phil McGraw jest psychologiem. Gdy zapytał muzyczkę, za co kocha swoją matkę, ta bez chwili namysłu odpowiedziała: „Za to, że umarła”. – Uważam, że to prawdziwy gest życzliwości z jej strony – kontynuowała O’Connor. – Choć okrutnie za nią tęsknię i współodczuwam ból, którego doświadczała. Myślę, że tu leży źródło moich tendencji i szczerze przyznaję, że nie mogę się doczekać, aż dostąpię nieba, żeby tam ponownie spotkać się z matką. Przyłapana na kolejnej drobnej kradzieży, nastoletnia O’Connor wylądowała w domu poprawczym, tzw. azylu sióstr magdalenek. Te niesławne instytucje działały w Wielkiej Brytanii i Irlandii przez 150 lat, ostatni azyl zamknięto w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Siostry zakonne, które prowadziły azyle, znęcały się fizycznie i psychicznie nad swoimi podopiecznymi, biły je, poniżały, zmuszały do ciężkiej pracy, zabraniały kontaktu z rodziną, przejmowały prywatną korespondencję. Sinéad O’Connor została wysłana do sióstr, gdy miała 15 lat, i spędziła tam 18 miesięcy.

„Nothing Compares to You”: Wielki sukces wielkiej buntowniczki

Sinead OConnor na rozdaniu nagród Grammy w 1989 roku / (Fot. Vinnie Zuffante/Getty Images)

Jaka była muzyka Sinéad O’Connor? Dokładnie taka jak jej autorka. Bezkompromisowa, radykalna, przenikliwa, emocjonalna. Do popu, z natury miłego i przyjaznego, wnosiła gniew i bunt punk rocka, a teatralny rozmach muzyki rockowej ujarzmiała intymnym, subtelnym folkiem. Potrafiła pisać teksty o wielkich sprawach z jednostkowej perspektywy – jak w „This Is A Rebel Song”, piosence o miłości do oprawcy, gdzie refleksja nad niezdrową damsko-męską relacją układa się w metaforyczny komentarz do konfliktu pomiędzy Irlandią a Anglią. W „Troy”, pierwszym utworze, który opublikowała i który zapowiadał jej debiutancki album „The Lion And The Cobra”, parafrazowała wiersz „Nie było drugiej Troi” Williama Butlera Yeatsa, by z widowiskową przesadą wyśpiewać manifest niszczącego pożądania, a przy okazji wywrócić męskocentryczny punkt widzenia, dominujący w opowieściach o wojnie i miłości, bo tym razem to kobieta idzie zabijać smoki. Pierwsza płyta O’Connor ukazała się jesienią 1987 roku, zebrała bardzo przychylne recenzje, dobrze poradziła sobie na listach sprzedaży. Drugi album wydała trzy lata później i to właśnie na tej płycie znalazł się utwór, który zmienił wszystko. Nie ma zbyt wielu podobnych przypadków w historii muzyki rozrywkowej, gdy cover przerasta oryginał. Jest „Respect” – bo wykonanie Arethy Franklin nadało kompozycji Otisa Reddinga nowy, feministyczny kontekst. Jest „I Will Always Love You”, dużo bardziej znane w wykonaniu Whitney Houston niż w oryginale Dolly Parton. I jest „Nothing Compares 2 U” w wersji Sinéad O’Connor, zamieszczone na płycie „I Do Not Want What I Haven’t Got” z marca 1990 roku. Choć Prince napisał tę piosenkę, przestał być jej autorem, gdy O’Connor zaśpiewała tę słynną pierwszą linijkę o siedmiu godzinach i piętnastu dniach.

Kontrowersyjna aktywistka nie daje się zabuczeć

Z wielką dumą zapowiadam kolejną artystkę. Jej nazwisko jest synonimem odwagi i integralności – mówił Kris Kristofferson, legenda country, ze sceny nowojorskiego Madison Square Garden. W połowie października 1992 roku najbardziej wpływowe postaci muzyki rockowej i folkowej zebrały się, by celebrować trzydziestolecie twórczości Boba Dylana. Johnny Cash, Neil Young, Lou Reed. Pierwsza liga. I ona, jedna z niewielu – m.in. obok Tracy Chapman i Chrissie Hynde – kobiet, które pojawiły się na scenie. Do tego najmłodsza, bo parę miesięcy później obchodziła 26. urodziny. Ale wcale nie najmniej utytułowana. Gdy O’Connor pojawiła się na scenie Madison Square Garden, część widowni przywitała ją z entuzjazmem. Dziewczyna z Dublina była już gwiazdą o międzynarodowych zasięgach dzięki sukcesowi „Nothing Compares 2 U”. Reszta publiczności jednak buczała i gwizdała z niesmakiem. Nienawidzili jej. Dosłownie dwa tygodnie wcześniej, występując w „Saturday Night Live”, O’Connor podarła zdjęcie papieża Jana Pawła II, krzycząc: „Walczcie z prawdziwym wrogiem”. To był wyraz niezgody na systemowe zatajanie przez zwierzchników kościelnych przestępstw pedofilskich, których dopuszczali się katoliccy księża. Wywołała skandal. Wytrzymała burzę, która się rozpętała. W Madison Square Garden dwa razy uciszała zespół, gdy zaczynał grać. Za drugim razem spontanicznie zmieniła plany. Nie wykonała piosenki gwiazdy wieczoru, a utwór „War” Boba Marleya, ten sam, który wywrzeszczała w „SNL”. Pełen żaru protest song napisany w obronie słabszych, marginalizowanych, ofiar przemocy. Przekrzyczała tysiące buczących gardeł. 16 października 1992 roku nie było na świecie silniejszej osoby niż niespełna 26-letnia Sinéad O’Connor.

Sinéad O’Connor łamie tabu chorób psychicznych

– Ostatnich sześć lat spędziłam w wariatkowie – mówiła w 2021 roku w rozmowie z Simonem Hattestonem z „The Guardiana”. – Ale tylko my pacjenci możemy używać słowa „wariatkowo”. Powstająca właśnie filmowa biografia Sinéad O’Connor ma skupiać się na dzieciństwie i pierwszych latach kariery muzyczki, pominie więc niezwykle ważny – również z perspektywy społecznej – kawałek jej życiorysu. Jeszcze w końcu lat 90. zdiagnozowano u niej chorobę afektywną dwubiegunową, niedługo po pierwszej próbie samobójczej. W 2015 roku O’Connor poddała się radykalnej histerektomii, rozległemu zabiegowi przeprowadzanemu najczęściej w leczeniu inwazyjnych form raka szyjki macicy. Dręczył ją chroniczny ból, była wyczerpana fizycznie i psychicznie, operacja – choć konieczna – poważnie odbiła się na jej codziennym funkcjonowaniu. Stany depresyjne pogłębiły się. – Zdarzało mi się nałykać tabletek i oświadczyć Bogu: OK, teraz piłka jest po twojej stronie, ty decyduj. I oczywiście trzy dni później się budziłam – to też fragment jednej z rozmów z Hattestonem. – Najwyraźniej Bóg uważa mnie za taki wrzód na tyłku, że też nie chce mnie u siebie. Silna ze mnie cholera – dodawała żartem, choć to, że publicznie opowiadała o kryzysach psychicznych, miało poważne konsekwencje. Łamała tabu. Gdy jej ukochany syn, Shane (miała czworo dzieci), w wieku zaledwie 17 lat odebrał sobie życie, poszła na wojnę z irlandzkim departamentem ochrony zdrowia, punktując publicznie opieszałość instytucji (syn muzyczki opuścił szpital, choć był osobą nieletnią, poddaną koniecznej obserwacji).

W co wierzyła Sinéad O’Connor?

Gdy zniszczyła na wizji zdjęcie urzędującego papieża, z góry założono, że O’Connor to zwykła bezbożnica, a tymczasem muzyczka stanowczo podkreślała w wywiadach, że jest osobą niezwykle wierzącą – i dlatego tak trudno jej zaakceptować bankructwo moralne organizacji reprezentującej religię, w której wzrastała. W pewnym momencie przyjęła nawet święcenie kapłańskie we frakcji Kościoła katolickiego, która akceptowała kobiety w rolach oficjalnych duchowych przewodniczek. A jesienią 2018 roku zdecydowała się na konwersję na islam i przyjęła nowe personalia: Shuhada' Davitt. Określała tę decyzję jako jedyne logiczne następstwo pogłębiania świadomości teologicznej. Sinéad O’Connor do końca szukała – siebie, swojej tożsamości, prawdy o świecie. Sensu w tym całym bałaganie.

Piosenki z misją

Sinead Oconnor w 2020 roku / Fot. Andrew Chin/Getty Images)

Szukała, a tym, co znajdowała po drodze, dzieliła się na kolejnych płytach. I oczywiście, że zdarzało się jej błądzić. W pewnym momencie odgrażała się, że będzie nagrywać już wyłącznie albumy spirytualistyczne, inspirujące do poszukiwań duchowego spełnienia. Wydała płytę z natchnionym reggae, album gospel, wreszcie płytę z tradycyjną muzyką irlandzką i tekstami zaczerpniętymi ze Starego Testamentu. O’Connor miała w repertuarze albumy, których wciąż nie da się słuchać, ale nawet gdy potykała się o własne koncepcje, robiła muzykę, którą chciała robić. Nie tworzyła w reakcji na rynkowe trendy, mało tego: jej nieprzerwana twórczość była triumfem nad rynkiem. Jeszcze jako młoda dziewczyna wypisała się z udziału w branżowych galach. W 1991 roku nie pojawiła się na ceremonii Grammy, choć nominowano ją w czterech kategoriach. – W tej branży chodzi wyłącznie o sukces finansowy, a artyści są współodpowiedzialni za instalowanie w ludziach przekonania, że to pieniądze i przedmioty sprawią, że staną się szczęśliwi – tłumaczyła w show Arsenio Halla. – Nagrody dostają ci, którzy się dobrze sprzedali, a nie ci, którzy mówią prawdę, inspirują do refleksji albo niosą pokrzepienie. Jednym z albumów niezwykle rezonujących społecznie była płyta „Universal Mother” z 1994 roku, gdzie znów połączyła prywatne z politycznym, bo z jednej strony śpiewała o bolesnym rozstaniu z muzykiem Peterem Gabrielem, z drugiej – o klęsce głodowej, którą Irlandia przeżyła w XIX wieku.

„Wspomnienia”: Autobiografia, w której Sinéad O’Connor odzyskuje kontrolę

Sinéad O’Connor zmarła dwa lata temu w swoim mieszkaniu w Londynie. Miała 56 lat. Oficjalną przyczyną śmierci uznano niewydolność dróg oddechowych (artystka chorowała na astmę oskrzelową). W dniu jej pogrzebu w Londynie zebrały się dziesiątki tysięcy fanów i fanek. Tłumy żałobników gromadziły się także pod Dublinem, w niewielkiej, cichej miejscowości, gdzie mieszkała 15 lat. Po raz ostatni wyszła na scenę w 2020 roku. Rok później opublikowała „Wspomnienia”, wzruszającą i jednocześnie zabawną (O’Connor miała doskonałe poczucie humoru) autobiografię, w której brawurowo odzyskiwała kontrolę nad swoim publicznym wizerunkiem. W książce zdradzała, że pracuje nad nową płytą, jednak po śmierci syna w styczniu 2022 roku kompletnie się rozpadła. Zawsze była jedną z barwniejszych gwiazd w mediach społecznościowych, a jej niedorzeczne wpisy na Twitterze (dziś X) o masturbacji powinny zostać wydrukowane w podręczniku emancypacji seksualnej kobiety, ale w ostatnich latach publikowała już wyłącznie mocno niepokojące posty, które stały się słusznym powodem do interwencji najbliższych. Znów oddała się na leczenie w szpitalu psychiatrycznym.

Idolka brawurowa: Dziedzictwo Sinéad O’Connor

Największa moc Sinéad O’Connor? Nie grała w cudze gry. Gdy na początku kariery radzili jej, żeby zakręciła loki i wcisnęła się w ponętną mini, ta ogoliła się prawie na łyso. Zawsze robiła swoje i po swojemu. Wierzyła, że muzyka i aktywizm są nierozłączne, dlatego pisała wojujące protest songi. Nie bała się mówić rzeczy niewygodnych, a dziś, gdy pedofilia w Kościele katolickim jest faktem, a nie domniemaniem, wszyscy powinniśmy ją przeprosić. Jej historia niezmiennie uruchamia refleksję nad rolą sztuki w świecie, ale i katalizuje dyskusję o potrzebie systemowych zmian w branży muzycznej, które zapewnią skuteczne wsparcie twórcom i twórczyniom w kryzysie psychicznym.

Sinéad O’Connor nie była idolką kryształową. Raz powiedziała, że jest lesbijką, choć nie była. Kiedy indziej – że jest czarna, tylko dlatego, że słucha rapu. Ale była idolką brawurową, gotową obnażać każdą hipokryzję. Ann Powers, znakomita dziennikarka muzyczna i wielka fanka irlandzkiej artystki, napisała w „Los Angeles Times”: „Kocham Sinéad O’Connor za wszystko, co robi. Nawet za to, że popełnia błędy”, a swój artykuł opatrzyła znamiennym tytułem: „Nothing compares”. Nic się nie równa. Bo drugiej takiej już nie będzie.

Angelika Kucińska
  1. Ludzie
  2. Portrety
  3. Idolka brawurowa: Skomplikowany życiorys Sinéad O’Connor
Proszę czekać..
Zamknij