Znaleziono 0 artykułów
29.11.2021

Ai Weiwei i Jeff Koons: Zachwyt i blask

Wystawa Jeffa Koonsa „Shine” w Palazzo Strozzi we Florencji. Fot. Ela Bialkowska OKNO studio

Gwiazdy sztuki współczesnej i niemal rówieśnicy – Ai Weiwei i Jeff Koons – różnią się jako artyści. Prace pierwszego to poruszające komentarze problemów politycznych, społecznych. Twórczość drugiego jest spektakularna wizualnie, zapewnia zabawę. Ai Weiwei zwraca uwagę na to, co niepokojące, niewygodne, niesprawiedliwe. Koons, prezentując świetliste, wspaniale wypolerowane dzieła, zaprasza do gry. Te dwa światy można porównać dzięki wystawom „Rapture” i „Shine”.

Rapture” – wystawa Ai Weiweia pokazywała przegląd jego dzieł w Cordoaria Nacional, osiemnastowiecznej fabryce lin w Lizbonie. „Shine” – szeroki wybór prac Jeffa Koonsa – można oglądać w renesansowym Palazzo Strozzi we Florencji. Bohaterowie obu ekspozycji to gwiazdy współczesnej sztuki i niemal rówieśnicy. Jeff Koons urodził się w 1955 w Stanach Zjednoczonych, Ai Weiwei dwa lata później w Chinach. Ich popularność pokazuje, jak pojemnym pojęciem jest sztuka, skoro stanowi wspólny mianownik dla działań tak odmiennych twórców, o całkowicie odrębnych artystycznych celach i strategiach działania. 

Ai Weiwei „Life Cycle”, 2018 © Ai Weiwei; Dzięki uprzejmości Ai Weiwei Studio

Jeff Koons i Ai Weiwei rozpoczęli kariery w latach 80. XX wieku. Obaj znaleźli się w Nowym Jorku – Koons przybył tam z Yorku w Pensylwanii, a Ai Weiwei z Pekinu. Za swoich mistrzów uznali Marcela Duchampa (1887–1968) i Andy’ego Warhola (1928–1987). 
Pierwszy z nich był dadaistą. Wywrócił do góry nogami bieg sztuki i to znacznie bardziej niż współcześni mu abstrakcjoniści, kubiści czy futuryści. Duchamp przestał bowiem uprawiać tradycyjne gatunki – malarstwo i rzeźbę. Wprowadził do świata sztuki rzeczy z życia codziennego, nadając im nowy kontekst albo absurdalne tytuły. W 1917 roku wystawił „Fontannę” – ceramiczny pisuar sygnowany przez wytwórcę sanitariatów R. Mutta, a wcześniej koło rowerowe zamontowane na stołku (1913) i suszarkę do butelek (1914). 
Nadanie rzeczom gotowym („ready made”) rangi dzieł to największa rewolucja w sztuce XX wieku, znacznie donioślejsza niż zerwanie z malowaniem na płótnach realistycznych przedstawień. Duchamp stał za największymi artystycznymi przemianami poprzedniego stulecia – był prekursorem pop-artu, sztuki konceptualnej, performance’u i wszelkich instalacji. Wiele zawdzięczał mu również drugi z wymienionych mistrzów Koonsa i Ai Weiweia – Andy Warhol, który w nowojorskiej Factory powielał przetworzone symbole nowoczesnej popkultury – butelki z coca-colą, zupy firmy Campbell, banknoty dolarowe i wizerunki celebrytów. 

Weiwei na wazach z dynastii Ming przedstawia uchodźców, Koons przeskalowuje zabawki z balonów

Ai Weiwei w 1995 roku, dwa lata po powrocie do Chin, namalował logo coca-coli na wazie z dynastii Han (206 rok p.n.e. – 9 rok n.e.). Znak produktu postrzeganego jako kwintesencja światowego konsumpcjonizmu znalazł się na starożytnym chińskim wyrobie. Czy oznaczało to wejście Chin do zachodniego świata, czy destrukcję tradycyjnych lokalnych wartości w zglobalizowanej rzeczywistości? A może i jedno, i drugie? To był gest na miarę Duchampa – sięgniecie po gotowy, w dodatku historyczny przedmiot i nadanie mu nowego współczesnego znaczenia, otwartego na przeróżne interpretacje. Od niedawna na wazach naśladujących styl dynastii Ming Ai Weiwei umieszcza sceny z tratwami i obozami uchodźców. Z daleka wydają się typowymi chińskimi naczyniami, a z bliska są przejmującym komiksem z obrazami współczesnych ludzkich tragedii.
Droga Koonsa do ready made i pop-artu była prostsza i bardziej oczywista. Dorastał w Ameryce, otoczony kulturą masową, wszechobecną reklamą, kreskówkami i zabawkami. W większość swych serii: „Banality”, „Antiquity”, „Celebrations”, Koons sięga po znane przedmioty i zamienia je w kolorowe popkulturowe gadżety. Często je przeskalowuje, a plastik zamienia w szlachetną stal, co z nietrwałego, tandetnego pieska, nadmuchanego z baloników czyni połyskliwego niezniszczalnego bożka.
Seria o nazwie „Celebrations” składa się z rzeźb i obrazów, a inspiracją do ich stworzenia były przedmioty używane na przyjęciach urodzinowych, zaręczynach, ślubach albo podczas świąt. Oprócz nadmuchanych z balonów psów i małpek do cyklu należą wielkie walentynkowe serca, pierścionki zaręczynowe, jajka wielkanocne i bukiety tulipanów. Kolekcja składa się z około 30 monumentalnych kolorowych rzeźb ze stali. Ich wykonanie doprowadziło Koonsa prawie do bankructwa. Jednak wszyscy, którzy pomogli artyście zrealizować rzeźby, z nawiązką odzyskali swe fundusze. Dzieła z serii „Celebrations” są najlepiej sprzedającymi się rzeźbami artysty.
Pokaz w ogrodach i pałacu w Wersalu zrównał je z barokowym luksusem i splendorem, ale też dworskim blichtrem. Stalowe serca w intensywnym kolorze magenta znakomicie wpisały się w pełne przepychu pałacowe wnętrza Ludwika XIV. 
Koons rychło stworzył bardziej ekonomiczną wersję dzieł z serii „Celebrations”, produkując ich miniaturowe repliki. Jednak i te prace nie są dla wszystkich – ich ceny zaczynają się od kilkunastu tysięcy dolarów. Dla wszystkich jest natomiast bilet na wystawę za 15 euro, pozwolenia na wykonywanie zdjęć (a w domyśle – umieszczanie ich na Instagramie) oraz luksusowe albumy i katalogi. 
Prace Koonsa są nie tylko drogie, ale też trudne w utrzymaniu. Kolekcjoner Peter Brant po zakupie wykonanego z żywych kwiatów „Puppy” (40-metrowego szczeniaka rasy west highland terrier) wydaje 75 tys. dolarów rocznie na jego utrzymanie. Koons, jak oceniają go krytycy: „wyrobił sobie markę, produkując zabawki dla bogatych starszych chłopców”. Bardziej zgryźliwi dodają, że „to sztuka dla świata z głębokimi kieszeniami i krótkim czasem skupienia uwagi”. Wydaje się, że Koons od początku wiedział, co robi – wszedł do świata sztuki po krótkim doświadczeniu maklerskim, dzieła z cyklu „Celebrations” były krótkoterminowymi obligacjami. 

Ai Weiwei „Law of the Journey (Prototype B)”, 2016 © Ai Weiwei; Dzięki uprzejmości Ai Weiwei Studio

Jeff Koons i Ai Weiwei zatrudniają pracowników do wykonywania swoich dzieł

Obaj artyści często sięgają do sztuki dawnej. Odnajdują w niej nie tylko inspiracje, ale też metody pracy. W dawnych dobrze prosperujących warsztatach mistrz zarządzał wieloma pracownikami i nie zawsze osobiście angażował się w pracę. Był szefem firmy i sygnował opuszczające pracownię dzieła. 
Od 2013 do 2021 roku Koons wybrał około 50 arcydzieł sztuki zachodniej, są wśród nich zarówno obrazy, jak i rzeźby składające się na serię „Gazing Ball”. Jego zespół wiernie skopiował wybrane rzeźby i obrazy, powtarzając nawet ubytki i spękania na ich powierzchniach. Do każdego z nich dodano lub wmontowano niebieską szklaną kulę, która odbija zniekształcony obraz otaczającej przestrzeni oraz widzów. – Każde pociągnięcie pędzla jest wykonywane ręcznie; każda szklana kula jest dmuchana ręcznie – chwali się Koons, który zatrudnił pracowników do wykonania tych dzieł. Sam jednak nie maluje obrazów ani nie wydmuchuje kul. Jest pomysłodawcą i producentem. – Gdybym wykonywał je sam, stworzyłbym zaledwie dwie prace rocznie zamiast kilkunastu. Prosty rachunek. 
Rzeźby z serii „Gazing Ball” są nieskazitelnie białe, wykonane z gipsu. Na kopiach „Torsu Belwederskiego”, „Wenus Knidyjskiej” i innych słynnych antycznych posągów umieszczone są kobaltowe szklane kule. Sprawiają wrażenie, jakby miały się za chwilę zsunąć z pleców, kolan czy ramion postaci, dezorientując i niepokojąc widzów. Jest to bowiem działanie nie tylko estetyczne, podświadomie wpływa również na poczucie równowagi, stabilności, wreszcie bezpieczeństwa.

Ai Weiwei też pracuje zespołowo. Jego najsłynniejszą grupową realizacją, angażującą chińskich rzemieślników były „Nasiona słonecznika”. To ponad milion porcelanowych, ręcznie malowanych ziarenek stworzonych przez specjalistów z małych warsztatów w chińskim mieście Jingdezhen, opłaconych dzięki staraniom Ai Weiweia przez firmę Unilever. Powstały wysiłkiem setek wykwalifikowanych rąk. Na przełomie 2010 i 2011 roku ponad milion nasion rozrzucono we wnętrzu ogromnej Hali Turbin w londyńskiej Tate Modern. Część z nich została sprzedana. Ai Weiwei jest również liczącym się graczem na aukcjach dzieł sztuki, chociaż nie bije, jak Koons, światowych rekordów. Odlane w brązie głowy zwierząt z serii „Zodiak” osiągają ceny przekraczające 4 miliony dolarów. Tyle tylko, że Ai Weiwei stał się raczej beneficjentem swej sławy i popularności, nic bowiem nie wskazuje na to, by zabiegał o aukcyjne rekordy i windował ceny za swoje dzieła. Nie jest marketingowym graczem.|Wyroby z chińskiej porcelany przez wieki były cenionym na świecie towarem, zastąpionym współcześnie przez zalew tandetnych produktów „Made in China”. Nieco inną, chociaż również antyglobalistyczną wymowę co „Ziarna słonecznika” ma kolorowy archipelag, ułożony ze sprasowanych bawełnianych podkoszulków – „Mapa świata” Ai Weiweia. To sprzeciw artysty wobec nadprodukcji rzeczy, w której przodują współczesne Chiny, zaspokajając zapotrzebowanie świata na tanią odzież. Ta niesprzedana trafia na wysypisko śmieci na chilijskiej pustyni Atakama – każdego roku 39 ton.

Ai Weiwei „Circle of Animals”, 2010 © Ai Weiwei; Dzięki uprzejmości Ai Weiwei Studio

Jeff Koons unika polityki, Ai Weiwei tworzy dzieła zaangażowane społecznie

Krytyka Ai Weiweia sięga jednak głębiej niż samo piętnowanie żarłocznego, zjadającego własny ogon chińskiego kapitalizmu. W 2009 roku zaangażował się w upamiętnienie kilku tysięcy dzieci, które rok wcześniej zginęły pod gruzami państwowych szkół. Wadliwa konstrukcja budynków nie wytrzymała trzęsienia ziemi, jakie nawiedziło prowincję Syczuan. Chiński rząd ocenzurował jednak wszelkie informacje o trzęsieniu ziemi i jego skutkach. Nie ogłoszono, ilu uczniów straciło życie. Ai Weiwei wykonał setki telefonów do wydziałów oświaty i policji, aby się tego dowiedzieć. Bez skutku. Za pomocą internetu skrzyknął więc zespół wolontariuszy i około stu ludzi wyruszyło do Syczuanu. Docierali do rodzin ofiar, chodzili po wioskach, pukali w każde drzwi, żeby spisywać nazwiska, daty urodzenia i szkoły, w których dzieci straciły życie. Po roku lista liczyła 5219 nazwisk zmarłych. Ogłoszenie ich w Chinach nie było jednak proste, policja zamykała wolontariuszy, konfiskowała listy, w końcu rząd usunął popularny blog Ai Weiweia, na którym artysta publikował nazwiska ofiar. 
Artysta znalazł bardziej skuteczną drogę, aby świat dowiedział się o tragedii – na fasadzie monachijskiej galerii sztuki Haus der Kunst, w której w 2009 roku odbywała się jego wystawa, z ponad 9 tysięcy szkolnych plecaków ułożył napis wspominający zmarłą w Syczuanie dziewczynkę i przytoczył słowa jej matki: „Chcę tylko, aby świat pamiętał, że przez siedem lat żyła szczęśliwie”. 
Projekt „Remembering” ostatecznie załamał artystyczną karierę Ai Weiweia w Chinach. Artysta został pobity, w wyniku urazów przeszedł operację mózgu, aresztowano go, wreszcie odebrano mu paszport, aby nie mógł wyjechać z kraju. Gdy został zwolniony, wykonał jedno ze swych najbardziej poruszających dzieł. Z zebranych w ruinach szkół w Syczuanie wadliwych, zbyt cienkich prętów zbrojeniowych stworzył instalację. Zostały one wyprostowane przez współpracowników artysty i ułożone w ważący 38 ton dywan.
Jeff Koons stroni od polityki. Autorka wywiadu z artystą Hadley Freeman zdradziła prośbę artysty, który pod koniec rozmowy zwrócił się do niej, aby nie publikowała fragmentów dotyczących Donalda Trumpa i sytuacji w Ameryce: – Wolałbym, żebyś nie zajmowała się sprawami politycznymi. Czyżby polityka mogła być rysą na wypolerowanej stali „Królika”, najdroższej pracy artysty, sprzedanej w 2019 roku na aukcji Christie’s za ponad 91 milionów dolarów? Wielu kolekcjonerów dzieł Koonsa wywodzi się z amerykańskich konserwatywnych środowisk. Jego prace w opinii zgryźliwych krytyków osiągnęły status „dzieł kuluarowych”, stawianych na dziedzińcach i w holach luksusowych rezydencji. Kosztują po kilkadziesiąt milionów i są wyznacznikiem statusu finansowego właścicieli. Na fotografiach agentów nieruchomości stalowe psy, serca i króliki Koonsa podnoszą atrakcyjność domu. 

Wystawa Jeffa Koonsa „Shine” w Palazzo Strozzi we Florencji. Fot. Ela Bialkowska OKNO studio

Ale Koons ma na swoim koncie przynajmniej jedno „dzieło zaangażowane” – pomnik ofiar zamachów terrorystycznych i zamieszek, w wyniku których w 2015 roku zginęło w Paryżu 130 osób. Dzieło Koonsa to olbrzymich rozmiarów realistyczna dłoń z bukietem kolorowych tulipanów. Przypomina rękę trzymającą pochodnię ze Statuy Wolności – daru Francji dla Amerykanów, znaku przymierza narodów z czasów wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Bukiet tulipanów, podobnie jak nowojorska rzeźba, powstał z prywatnych datków. 
Pracę Koonsa odsłonięto w 2019 roku, po trzyletnich perypetiach i sprzeciwie francuskich polityków i ludzi kultury. Artysta zabiegał o dobrą lokalizację rzeźby, która nie miała być powiązana z miejscem zamachów i zamieszek w 10. i 11. dzielnicy Paryża. Tulipany miały stanąć na placu przed Palais de Tokyo, z którego roztacza się widok na wieżę Eiffla. Jednak plac nie był wystarczająco mocny, aby utrzymać 34-tonową rzeźbę i jej 27-tonową podstawę. I nie był to jedyny problem. W styczniu 2018 roku francuscy artyści oraz politycy poprosili o zaniechanie planu, argumentując, że prezent „jest oportunistyczny i cyniczny”. Sygnatariusze listu, w tym filmowiec Olivier Assayas, artysta Christian Boltanski i dwaj byli ministrowie kultury Francji, oskarżali Koonsa o związek z luksusowymi markami, twierdząc, że instalacja rzeźby w tak prominentnym miejscu Paryża „byłaby równoznaczna z reklamą lub lokowaniem produktu”. Zarzuty okazały się i tak niewinne wobec słów filozofa Yvesa Michauda, który zrównał dzieło z pornografią i określił je jako „jedenaście kolorowych odbytów osadzonych na łodygach”.
Ostatecznie jedenastometrowy „Bukiet tulipanów” stanął nieopodal Petit Palais. Podczas inauguracji Koons ogłosił, że rzeźba „została stworzona jako symbol pamięci, optymizmu i uzdrowienia”. Raczej nie był zainteresowany ofiarami zamachów, lecz utrzymaniem dobrego nastroju, z pewnością również „dobrą miejscówką” promującą jego sztukę. W wywiadzie dla „Le Figaro” wyznał więcej: – „Bukiet tulipanów” nie ma nic wspólnego z bieżącymi wydarzeniami, a wiele z amerykańskimi wartościami. [Rzeźba] przekracza teraźniejszość i sięga wstecz, do dawnych czasów i dłuższej historii, która ciągnie się od greckiej starożytności po dzień dzisiejszy, poza wydarzeniami, które ze swej natury są tymczasowe. Cokolwiek to znaczy. 

Ai Weiwei niepokoi, Jeff Koons dostarcza zabawy

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych cykli Jeffa Koonsa były fotografie z przełomu lat 80. i 90. XX wieku zatytułowane „Made in Heaven”, przedstawiające akty seksualne artysty i jego ówczesnej żony, węgiersko-włoskiej gwiazdy porno Ilony Staller, znanej również jako Cicciolina. Czy „Made in Heaven” zacierało granice pomiędzy pornografią a sztuką, czy może raczej uroczyście wprowadzało porno i kicz do świata sztuki? Wszystko wskazuje na to drugie. Fotografie sprzedawały się całkiem nieźle: za „Blow Job-Ice” zapłacono 350 tysięcy dolarów, za „Red Butt” (zbliżenie stosunku analnego) – 450 tysięcy, a za srebrne buty eksponujące genitalia Koonsa i Cioccioliny – 800 tysięcy dolarów. Ceny skromne jak na Koonsa, aczkolwiek dzieła te są litografiami na płótnie bądź fotografiami. Artysta rychło przeniósł jednak pomysł do innego medium i wykonał kilka wersji w marmurze, szkle i ceramice. Były droższe. 

Wystawa Jeffa Koonsa „Shine” w Palazzo Strozzi we Florencji. Fot. Ela Bialkowska OKNO studio

Ai Weiwei też odkrył swoje demony. W 2013 roku na biennale w Wenecji w kilku zardzewiałych metalowych kontenerach naśladujących więzienne cele przedstawił scenki ze swego życia w areszcie. Do cel można było zajrzeć z dwóch okienek – jednego umieszczonego na bocznej ściance kontenera i drugiego na górze. Okna były niewielkie, by zajrzeć do celi z góry, widz musiał się wspiąć po kilku dostawionych stopniach. W niemal naturalnej wielkości celach Ai Weiwei umieścił siebie oraz pilnujących go dwóch strażników, którzy obserwowali go przez całą dobę – gdy jadł, pisał, spał, ale też pod prysznicem i na sedesie. Po opuszczeniu więzienia artysta wyznał, że jego cela, chociaż niewielka, była czysta i sucha. Miał szczęście w porównaniu z innymi chińskimi więźniami politycznymi, dlatego wielokrotnie deklarował: – Nie mówię za siebie. Za każdym razem, kiedy przemawiam, myślę, ilu ludzi nikt nie usłyszał.

Po zwolnieniu z aresztu w czerwcu 2011 roku Ai Weiwei nie mógł opuścić Chin, a gdy odzyskał paszport, wyjechał do Berlina. Po kilku latach przeniósł się do Cambridge w Wielkiej Brytanii, a od 2021 roku mieszka pod Lizboną. Zakup domu w Portugalii był, jak stwierdził artysta: „prawdopodobnie najlepszą decyzją, jaką kiedykolwiek podjął”. Chwali wolny rytm życia, dobre jedzenie i słońce.
Migracje nie są jedynie doświadczeniem dorosłego Ai Weiweia – jako dziecko towarzyszył wraz z bratem i matką ojcu, wybitnemu poecie i myślicielowi, który na początku rewolucji kulturalnej został deportowany z Pekinu do obozu pracy w zachodnich Chinach. 
Wygnania stały się ważnym tematem sztuki Ai Weiweia. Nakręcony w 2017 roku „Human Flow” dokumentuje życie w około 20 krajach objętych kryzysem uchodźczym. Pracując nad filmem, Ai Weiwei przez długi czas mieszkał na wyspach greckich, na pograniczu turecko-syryjskim i amerykańsko-meksykańskim, gdzie gromadził materiały, zbierał historie, filmował i fotografował. Równie przejmującym dziełem jest „Prawo podróży” – monumentalna instalacja zorganizowana po raz pierwszy przez Galerię Narodową w Pradze. To wielka, czarna, gumowa tratwa wypełniona ludźmi, z dorosłymi mężczyznami na burtach i kobietami z dziećmi skulonymi na dnie. W Pradze tratwa została umieszczona w dawnym Pałacu Targowym z 1928 roku, który w latach 1939–1941 służył jako punkt zborny czeskich Żydów przed ich deportacją do obozu koncentracyjnego w Terezinie. 
W Lizbonie prezentowane są dwie tratwy – gumowa i wypleciona z trzciny. Towarzyszą im monumentalne fryzy – jeden z malowanych kafli, a drugi wydrukowany na papierowej tapecie. Przedstawione na nich scenki wzorowane są na stylu greckich waz. Tak jakby nigdy nie skończyła się tułaczka Odysa.

Wystawa Jeffa Koonsa „Shine” w Palazzo Strozzi we Florencji. Fot. Ela Bialkowska OKNO studio

Koons zdaje się nie zauważać problemów otaczającego go świata. To jego świadomy wybór i strategia. Mierząca ponad 14 metrów nadmuchana „Siedząca baletnica”, tymczasowo ustawiona w 2017 roku przed Rockefeller Center, miała być głosem w obchodach Narodowego Miesiąca Dzieci Zaginionych. Była jednak jedną z wielu replik rzeźby z cyklu „Antiquities”, wzorowanej na rosyjskie, porcelanowej figurce z przełomu XIX i XX wieku. – „Siedząca baletnica” jest jak Wenus (…). Tak naprawdę chodzi o piękno, a nawet o poczucie kontemplacji, poczucie łatwości – komentował figurkę Koons. Czy powiększenie jej do monumentalnych rozmiarów zmienia estetyczną funkcję baletnicy w dzieło zaangażowane społecznie? Raczej nie.
Koons zaprasza do gry i dostarcza niezłej zabawy. Jego rzeźby są kolorowymi bombkami, połyskliwymi gadżetami, magicznymi kulami pełnymi intrygujących odbić, gigantycznymi zabawkami dla dorosłych tęskniących za dzieciństwem i prostą zabawą. Przerośnięte bombki odbijają bezpieczny, nieszkodliwy świat muzeum i galerii albo luksusowego domu kolekcjonera. Wciągają, wprawiają w dobry nastrój, są furtką do świata iluzji. Nie zmuszają do myślenia. I nie ma w tym niczego złego. 
Natomiast Ai Weiwei nie afirmuje samozadowolenia widzów, nie dostarcza ładnych, pozbawionych znaczenia i niewymagających interpretacji dzieł. Większość jego prac zawiera mocne przesłanie polityczne dotyczące demokracji, praw człowieka, kryzysów migracyjnych, a ostatnio pandemii. Żadna z jego wystaw nie daje ukojenia. Wręcz przeciwnie – naświetla to wszystko, co w świecie niepokojące i niesprawiedliwe. 
W świetlistych, wykonanych ze stali nierdzewnej i wspaniale wypolerowanych dziełach Koonsa można się przejrzeć, sfotografować i bawić deformacjami powstającymi na wypukłych powierzchniach. W dziełach Ai Weiweia przyglądamy się natomiast własnemu sumieniu, obojętności, zaniechaniu, wreszcie bezradności. 
Czy oznacza to, że wystawa Jeffa Koonsa jest banalna i niewarta obejrzenia? Bynajmniej. Świat sztuki mieści zarówno zabawną, spektakularną wizualnie twórczość Koonsa, jak i zaangażowaną działalność Ai Weiweia, który doraźne kwestie społeczno-polityczne przekuwa we wzruszające i przejmujące realizacje artystyczne.|Tytuł lizbońskiej wystawy – „Rapture” – oznacza zachwyt i ekstazę. „Shine” to blask, połysk. „Rapture” ma również rzadziej używane, biblijne znaczenie – wniebowzięcie. Nie znaczy to jednak, że tysiące dostrzeżonych i upamiętnionych przez Ai Weiweia ofiar pójdzie do nieba, a popkulturowe, lśniące bożki Koonsa trafią do piekła. To byłoby zbyt proste. Może nie należy się wstydzić, że podoba nam się wszystko, co duże, kolorowe i świecące.

Autorka dziękuje Piotrowi Ficenesowi za intrygującą rozmowę o sztuce Jeffa Koonsa.

„Rapture”, Ai Weiwei, Cordoaria Nacional, Lizbona, do 28 listopada 2021
„Shine”, Jeff Koons, Fondazione Palazzo Strozzi, Florencja, do 30 stycznia 2022

Grażyna Bastek
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę