Znaleziono 0 artykułów
13.10.2021

Tomasz Ziętek: Artysta wszechstronny

Tomasz Ziętek na festiwalu filmowym w Wenecji / Fot. East News

Ten rok należał do Tomasza Ziętka. Aktor wystąpił w dwóch najważniejszych produkcjach roku – polskim kandydacie do Oscara „Żeby nie było śladów” i netfliksowym „Hiacyncie”. Nam opowiedział o kulisach pracy przy obu filmach, a także o pasji do muzyki i gotowania.

Zanim w twoim życiu pojawiło się kino, twoją największą pasją była muzyka. Jak zaczęła się ta miłość?

Od dziecka interesowałem się muzyką. Ta fascynacja przyjmowała różne formy: uczęszczałem do szkoły muzycznej, gdzie uczyłem się gry na skrzypcach, ale ostatecznie z niej zrezygnowałem, grywałem w różnych zespołach, uczęszczałem na chór. W wakacje razem z kolegą występowaliśmy na ulicach, żeby sobie dorobić – on grał na gitarze, ja śpiewałem. To była świetna zabawa i okazja do obserwowania ludzi. Perspektywa ulicznego grajka wiele mnie nauczyła – to sytuacja, w której wystawiasz się na widok publiczny, a jednocześnie wydajesz się być niewidzialny. Podobnie jak aktor ukryty za postacią, w którą się wciela.

Tomasz Ziętek na festiwalu filmowym w Gdyni / Fot. Alin Kovacs

Jak w tym wszystkim pojawiło się kino?

Początkowo myślałem o karierze muzycznej, gdy więc przyszedł czas wyborów, zdecydowałem się na Akademię Muzyczną. Z perspektywy czasu nie wydaje mi się to trafionym pomysłem. Wiem, że bym się tam nie odnalazł. W muzyce zawsze najbardziej podobała mi się wolność, a nie podążanie utartymi ścieżkami. Szczęśliwie trafiłem do studium wokalno-aktorskiego. Po roku pracy na granicy muzyki i kina zacząłem powoli przesuwać się w stronę filmu. Pamiętam moment, w którym pomyślałem: „Może to jest to, co chcę robić?”. To było podczas festiwalu filmowego w Gdyni.

Nie jest jednak tak, że muzyka musiała ustąpić kinu. Nadal jest ważną częścią mojego życia. Gdy nie jestem na planie, piszę i komponuję. Od kilku lat gram w zespole The Fruitcakes. Razem wydaliśmy trzy albumy, właśnie pracujemy nad czwartym. Taki artystyczny płodozmian bardzo mi służy.

Tomasz Ziętek z zespołem The Fruitcakes / Fot. Alin Kovacs

Czym różnią się dla ciebie te dwa światy, a w jaki sposób się przenikają?

Kino i muzyka są dla mnie różnymi formami ekspresji tej samej twórczej energii. Mamy tendencje je rozdzielać i szufladkować, a dla mnie granice między nimi nie istnieją. Główną różnicą jest zakres mojej swobody – film to praca zbiorowa, muzyka ma bardziej kameralny charakter. Dobrym przykładem jest „Hiacynt” – gdy Piotr Domalewski i Piotr Sobociński Jr. zdecydowali się na kadry, ich decyzja wyznaczyła ramy naszej pracy i wymagała od nas innej gry. Pisząc własną muzykę, mam pełną swobodę wyboru.   

Jaki wpływ ma twoje muzyczne doświadczenie na warsztat aktorski?

Ogromne. Przystępując do budowania postaci, korzystam z tych samych narzędzi, po które sięgam, komponując muzykę. To działa również w drugą stronę – praca aktora nauczyła mnie, jak to nazywam, sztuki inwestowania. Chodzi o umiejętne rozkładanie sił i emocji. Na przykład, gdy atmosfera sceny jest budowana z pomocą dramatycznej muzyki lub szczególnego kadru, jako aktor mogę zainwestować środki aktorskie w coś innego. Tę samą regułę stosuję w muzyce – gdy tekst jest mocny, muzyka może być bardziej stonowana. Konieczna jest tu umiejętność obserwacji i reakcji. Piszę postacie tak, jak piszę piosenki – staram się widzieć je kontekstowo, nigdy się nie spieszę, daję sobie czas na przemyślenia.

Na planie punktem wyjścia jest dla mnie scenariusz. W razie wątpliwości zawsze do niego wracam. Przygotowując się do roli, czytam scenariusz wielokrotnie, powstrzymując się od zbyt wczesnej interpretacji. Łatwo zafiksować się na pierwszej, intuicyjnej interpretacji, zamykając sobie w ten sposób drogę do innych możliwych odczytań.

Tomasz Ziętek w filmie "Hiacynt" / Fot. materiały prasowe

Jak przygotowujesz się do roli, zwłaszcza tak wymagających jak w „Hiacyncie” czy „Żeby nie było śladów”?

Wydaje mi się, że do każdej roli przygotowuję się całe życie. Wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia mają tu znaczenie. Moją pracą jest zrozumienie bohatera, jego potrzeb i funkcji w całej historii. Bohater nigdy nie jest sam. Ja również nigdy nie wykonuję tej pracy sam. Charakteryzacja, kostiumy, scenografia, zdjęcia, muzyka – to wszystko ma wpływ na ostateczny kształt postaci. To praca zbiorowa, w której kluczowa jest umiejętność godzenia tych wszystkich punktów widzenia, myślenie kompozycyjne. Do tego potrzebny jest świadomy reżyser, który potrafi zapanować nad tym chaosem i go nawigować. Tak było w przypadku obu filmów.

Co szczególnie zapadło ci w pamięć podczas pracy nad obiema produkcjami?

Pandemia sprawiła, że obie te produkcje powstawały w niecodziennych warunkach. Praca nad „Żeby nie było śladów” została przesunięta z powodu lockdownu. Przez pewien czas byłem niemal pewien, że ten film nie powstanie. Na szczęście byłem w błędzie i po kilku miesiącach rozpoczęliśmy zdjęcia.

Z tego samego powodu mam poczucie, że zespół „Hiacynta” poznałem dopiero po zakończeniu zdjęć. Co jest niespotykane, zwykle poznajemy się już na etapie prób, a na planie zacieśniamy te relacje. Prace nad filmem przerywaliśmy czterokrotnie. Za każdym razem obawialiśmy się, że już nie wrócimy na plan. Na barkach każdego z nas spoczywała odpowiedzialność za cały zespół ludzi i ich pracę lub jej brak.

Tomasz Ziętek został laureatem nagrody „Vogue Polska” na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych / Fot. Alin Kovacs

Myślę, że cała branża filmowa cierpi teraz na zawodowe PTSD. Przez ostatnie dwa lata trwaliśmy w ciągłej niepewności, która nakładała się na niepewność wpisaną w nasze zawody. Te niecodzienne warunki wymagały od nas wszystkich nie lada wyobraźni, ale patrząc z perspektywy czasu, mam poczucie, że zawiesiliśmy wysoko poprzeczkę.

To były bardzo ważne doświadczenia dla mnie. Obie te role wymagały ode mnie skupienia, wrażliwości i odsłonięcia się. To wszystko zostanie ze mną na zawsze.

„Żeby nie było śladów” będzie reprezentowało Polskę w oscarowym wyścigu. Jakie to uczucie?

Bardzo się cieszę z tego wyróżnienia, ale długo radość ta była przygaszona faktem, że nawet gdybyśmy znaleźli się na shortliście, to nie moglibyśmy uczestniczyć osobiście w kampanii oscarowej. Na nasze szczęście rząd USA zapowiedział zmianę zasad wjazdu do Stanów i dopiero teraz naprawdę dotarło do nas to, co się wydarzyło. Cieszę się, że po raz kolejny będę mógł przyjrzeć się tej maszynerii z bliska, być częścią całego procesu, na który składają się wyjazdy na festiwale, spotkania z członkami Akademii, itd. Podobnie było podczas festiwalu w Wenecji. Gdy raz „oswoi się” tego potwora, nie jest on już taki straszny.

Tomasz Ziętek w filmie "Żeby nie było śladów" / Fot. materiały prasowe

Tymczasem „Hiacynt” zadebiutował na Netfliksie i to w ogólnoświatowym dostępie. To jeszcze inna skala projektu.

To ważna historia, która przypomina, że osoby LGBT to nie jest „współczesna moda”, tylko ludzie z krwi i kości, którzy byli w Polsce od zawsze. Wierzę, że indywidualne historie tego typu mogą zmienić perspektywę widzów. A dzięki Netfliksowi mogą one docierać do szerszej publiczności, również tej „nieprzekonanej”. Bo o ile wyjście do kina na tego typu film może zostać uznane w naszym klimacie za gest niemal polityczny, to oglądany w domowym zaciszu, jest wolny od tego ciężaru. Staje się on wtedy jedną z wielu fascynujących historii, które nas poruszają. A to według mnie najlepszy sposób na oswojenie się z innością. „Hiacynt” to jednak nie tylko ważny społecznie film, lecz także świetny kryminał. Jestem bardzo ciekawy, jak przyjmą go widzowie z różnych stron świata.

Czy po zejściu z planu potrzebujesz chwili, żeby wrócić do siebie, czy nie masz problemu z przełączaniem się między tymi trybami?

Wydaje mi się, że wykonuję moją pracę na tyle świadomie, że wiem, gdzie zaczynają się i kończą moje obowiązki. Niektórym aktorom ciężko jest puścić postać, bo boją się, że nie uda im się znowu odnaleźć „tego czegoś”. W momencie, gdy podejmujesz świadome decyzje o tym, że np. twój bohater porusza się czy mówi w taki, a nie inny sposób, nie musisz się tego obawiać. Dla mnie momentem psychologicznego domknięcia pracy nad filmem jest pierwszy seans. To moment podsumowania, rozliczenia siebie i obejrzenia produktu naszej wspólnej pracy. Później nigdy już nie wracam do filmu, pochłania mnie kolejny projekt.

Fot. East News

Co masz teraz w planach?

W postprodukcji jest następny film, w którym gram „Orzeł. Ostatni patrol”. To wojenny dramat, opowiadający losy do dziś nieodnalezionej łodzi podwodnej. Gram w nim kapitana Jana Grudzińskiego, więc raz jeszcze wcielam się w postać historyczną. Chciałbym też znaleźć więcej czasu na muzykę. Wróciliśmy z The Fruitcakes do studia, żeby przygotować nasz czwarty album. Mamy w planach kilka koncertów. Mam też nadzieję znaleźć czas na mój solowy projekt.

Co robisz w wolnym czasie? Jak odnajdujesz równowagę?

To był szalony, lecz także ekscytujący czas. Dwa tygodnie po zakończeniu zdjęć do „Żeby nie było śladów” wszedłem na plan „Hiacynta”. Zwykle dbam o to, żeby pomiędzy projektami znaleźć czas dla siebie. Na to będę musiał jeszcze trochę zaczekać, bo przed nami jeszcze promocja obu filmów. Zawsze jednak udaje mi się znaleźć chwilę dla siebie.

W wolnym czasie lubię gotować dla rodziny, przyjaciół i ukochanej. To dla mnie relaksujące. Postrzegam gotowanie jako kolejną formę pracy twórczej. Praca z materią, eksperymentowanie z przepisami, szukanie równowagi – to też sztuka!

Julia Właszczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę