Znaleziono 0 artykułów
12.02.2021

Książka tygodnia: Jędrzej Pasierski „Kłamczuch”

Jędrzej Pasierski (Fot. Materiały prasowe)

W nowym kryminale z cyklu o komisarz Ninie Warwiłow policjantka powraca do Beskidu Niskiego. Jedzie tam na wakacje i jak to się zdarza powieściowym komisarzom, na urlopie potyka się o zbrodnię. Jędrzej Pasierski, zeszłoroczny laureat Nagrody Wielkiego Kalibru, ma dryg do opisywania lokalności. 

Komisarz Nina Warwiłow powraca, co samo w sobie jest warte odnotowania, zwłaszcza w epoce, gdy funkcjonariusze policji państwowej raczej słyną z pryskania gazem pieprzowym po oczach demonstrantek i łamania rąk protestującym dziewczynom niż z przyzwoitości. A że Warwiłow jest przyzwoita (choć zmyślona od początku do końca, ale nie odrealniona, żadna tam superagentka, po prostu bystra, inteligentna śledcza), wiemy już z poprzednich kryminałów Jędrzeja Pasierskiego który uczynił ją bohaterką swoich powieści. Słowem – ta przyzwoita policjantka, mimo iż tak naprawdę jej nie ma, jest promyczkiem nadziei; funkcjonariusze mają się na kim wzorować, jeśli tylko zechcą.

(Fot. Materiały prasowe)

Co więcej – komisarz Nina Warwiłow powraca w Beskid Niski, gdzie już jedną zagadkę udało jej się rozszyfrować. Chadza więc po znanych sobie ścieżkach, spotyka się ze starymi znajomymi, coś o nich już wie, a czegoś nowego się dowie. Tym razem jedzie tam w celu wyłącznie wakacyjnym, zabiera ze sobą córkę i książki, które chce przeczytać. Lecz podczas urlopu potyka się o zbrodnię. A skoro jest policjantką przyzwoitą, musi ją wyjaśnić.

Przypadek, jak wiemy, w powieści kryminalnej ma wielkie znaczenie, lecz tylko dla zapętlenia akcji. Jest absolutnie uzasadnione, jeśli o zbrodni dowiadujemy się ot tak sobie, zwłaszcza że naturą zbrodni jest pozostawanie w ukryciu. Gorzej, gdy nieoczekiwany zbieg okoliczności tłumaczy intrygę. U Pasierskiego objaśnienie morderstwa jest jednak tak logiczne, jak nieprzypadkowe. Co prawda komisarz Warwiłow mogłaby nie jeździć na wakacje w krainę Łemków. Lecz co poradzić, skoro autor jej przygód sam akurat tam jeździ i bardzo sobie te wyjazdy chwali. Zaś Beskid Niski to teren słynący z tajemnic. Gdyby gdzieś między Gorlicami, Czarnem i Wołowcem pojawił się nagle pies Baskerville’ów, nikt by się nie zdziwił.

Nina Warwiłow musi więc stanąć twarzą w twarz z niegodziwością oraz zagadką, akurat wielopiętrową. Tą całkiem współczesną, tą z początków polskiej transformacji i tą sprzed wielu dziesiątek lat. Nie da się bowiem wyjaśnić morderstwa dokonanego na starym i schorowanym wioskowym intrygancie, człowieku generalnie rzec biorąc podłym, bez zajrzenia za kulisy deportacji Łemków w ramach akcji „Wisła” w 1947 roku. Tu trzeba popatrzeć również za granicę, bardziej wymyśloną niż rzeczywistą, bo i na Słowacji, i w Polsce mieszkają ci sami Łemkowie, mówią tym samym językiem i tak samo popijają eter zamiast wódki. Tylko ich historia potoczyła się inaczej, co kryminałowi robi bardzo dobrze.

Jest tu również zagadka (oraz niegodziwość) znacznie młodsza, bo sprzed ledwie 30 lat. Wiadomo wszak, że jeśli kiedyś gdzieś wszystko było państwowe, a więc niczyje, ale nastał czas na prywatne, jeden zarobi, drugi zaś straci, choć wcześniej obaj nie mieli nic. Gdzie bieda i krzywda z dziada pradziada, tam nowe majątki i kariery równie mikre, lecz namiętności oraz ambicje wielgachne jak góry; kłują w oczy, pchają do złego. Jeśli komuś się powiodło, komuś musiało się nie powieść. Za coś takiego można zamordować.
No i jeszcze ta wioskowa lojalność, przejawiająca się również w tym, że przed obcymi się milczy, a sprawy trudne załatwia między swoimi. Nina Warwiłow ma wrażenie, że cały czas ktoś jej się przygląda. Do tego placyk przed sklepem, gdzie miejscowi trąbią wódeczkę. Zmarnowane, ale też wyzyskane szanse. Że nieuczciwie? Co poradzić. Taka jest po prostu polska prowincja, gdzie cwaniactwo wielce popłaca, zaś ukradzione w jednej chwili staje się bardzo własne.

Ma Pasierski dryg do lokalności. Wolę, gdy opowiada o beskidzkich wioskach niż o zbrodniach pośród warszawskiej elity, jak we wcześniejszej powieści z cyklu o Warwiłow – „Czerwony świt”. Dlaczego? Bowiem w wiosce wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, nie ma tajemnic, chyba że spętane granicami opłotków, niedostępne dla obcych, a obcym jest już ktoś z najbliższego powiatowego miasteczka. Słowem – nikt z zewnątrz się nie dowie, a nawet ofiara będzie kryć kata, nie tylko ze strachu, lecz również z poczucia, że nasza chata z kraja, a nasz zbrodzień to nasz zbrodzień. W końcu w wioskach nie zabijają obcy.

* Jędrzej Pasierski „Kłamczuch”, Wydawnictwo Czarne

Maria Fredro-Boniecka
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę