Znaleziono 0 artykułów
28.11.2023

Film z przeszłości: „Rzymskie wakacje”

28.11.2023
Fot. Getty Images

„Rzymskie wakacje” przyniosły Audrey Hepburn wielką sławę i Oscara i od dekad systematycznie trafiają na listy najwspanialszych filmów romantycznych. Ale czy historia wakacyjnego zauroczenia z 1953 roku wciąż zasługuje na swoją pozycję, czy oglądana 70 lat po premierze zaskakuje, ale tym, jak niedobrze się zestarzała?

Tylko jedna chwila, moment, dzień, kilkadziesiąt godzin w Wiecznym Mieście wystarczyły, by pewna dziewczyna zapomniała o całym świecie, a pewien mężczyzna zakochał się bez pamięci. Ona to księżniczka Anna (Audrey Hepburn), która podczas wyprawy do Rzymu na krótki czas umyka ochroniarzom oraz tabunowi opiekunów i sama zaczyna decydować, co chce robić. On to amerykański reporter Joe Bradley (Gregory Peck), mający akurat kiepską zawodową passę. Wizyta zbuntowanej następczyni tronu może w znacznym stopniu ten los odmienić, przysparzając dziennikarzowi dalszych zleceń.

Czy „Rzymskie wakacje” to po prostu historia oparta na prostym schemacie?

Ta historia to jedna z najbardziej klasycznych opowieści o wakacyjnym zauroczeniu, która już od 70 lat systematycznie trafiają na listy najwspanialszych filmów romantycznych. „Rzymskie wakacje” Williama Wylera z 1953 roku z młodziutkiej, zaledwie 23-letniej Audrey Hepburn uczyniły gwiazdę pierwszej wielkości. Choć nie miała już wtedy statusu debiutantki, grywając mniejsze rólki w Wielkiej Brytanii, to było to jednak dla niej z pewnością „nowe otwarcie”, dające wstęp do Hollywood i do wielkiej międzynarodowej kariery, z uznaniem krytyków i uwielbieniem widzów. Jej urokowi i czarowi uległ też zresztą ekranowy partner, sam Gregory Peck, wówczas bardziej doświadczony i starszy o całe 14 lat. Mimo że już wtedy był pierwszoligową gwiazdą i jego nazwisko nie mogło pojawiać się w czołówce filmów i na plakatach obok żadnego innego, w uznaniu dla talentu i wdzięku Audrey pozwolił umieścić nazwisko Hepburn przed swoim i napisać je nawet większymi literami. Już wtedy przeczuwał (słusznie), że jej rola księżniczki na gigancie może zostać uhonorowana Oscarem, jedynym zresztą w jej bogatej karierze.

Fot. Getty Images

Ponadczasowa historia zauroczenia w pięknych okolicznościach przyrody dziś może wydawać się cliché, szczególnie że analogiczny schemat w dalszym ciągu powiela wielu twórców. Należy jednak pamiętać, że to właśnie „Rzymskie wakacje” nadały ton, były jednym z pierwszych tytułów w tym gatunku, który przy okazji odniósł spektakularny sukces. Wszystkie późniejsze filmy, ze słynnymi „Notting Hill” Rogera Michella czy w pewnym sensie też „Pretty Woman” Garry’ego Marshalla na czele, tylko powielały pewne kluczowe elementy, orbitując wokół nich i świecąc światłem odbitym od tego, co zaproponował lata wcześniej Wyler. Schemat wydaje się bowiem dość prosty – dwoje ludzi, których dzieli wszystko, osiąga porozumienie na poziomie emocjonalnym i intelektualnym, przeżywając miłosne uniesienia i nie bacząc na przeciwności losu.

Zbuntowana księżniczka szuka miłości – w życiu i na ekranie

Kiedy „Rzymskie wakacje” wchodziły na ekrany – z premierą na festiwalu filmowym w Wenecji pod koniec sierpnia 1953 roku – świat show-biznesu żył romansem brytyjskiej księżniczki Małgorzaty z pilotem RAF-u Peterem Townsendem (to historia doskonale znana wielbicielom serialu „The Crown”). Dosłownie dwa miesiące wcześniej jedna z gazet opublikowała informację o zażyłości pary. Królowa Elżbieta II nie wyrażała aprobaty dla tego związku, wręcz otwarcie mu się sprzeciwiając – Townsend rozwiódł się z żoną rok wcześniej, a jedną z przyczyn rozstania były uczucia żywione do księżniczki Małgorzaty. Monarchini nie życzyła sobie relacji siostry z rozwodnikiem, tym bardziej gdyby miał zostać jej szwagrem.

Fot. East News

Producenci „Rzymskich wakacji” postanowili więc oczywiście skorzystać z atmosfery skandalu wokół brytyjskiej rodziny królewskiej i zdarzało im się podprogowo reklamować film jak swego rodzaju kolejny przypadek „zbuntowanej księżniczki poszukującej miłości” czy fikcyjne przełożenie na ekran kinowy rzeczywistości, która dzieje się tak blisko.

Dlaczego scenarzysta „Rzymskich wakacji” nie odebrał swojego Oscara?

Sama premiera „Rzymskich wakacji” poza kwestiami obyczajowymi odbiła się szerokim echem również ze względu na postać kontrowersyjnego scenarzysty Daltona Trumbo. Trumbo, podobnie jak wielu innych twórców w Hollywood, odmówił udzielenia odpowiedzi na pytanie o przynależność do amerykańskiej partii komunistycznej w początkowych latach trwania zimnej wojny. Brak złożenia oświadczenia w tym zakresie doprowadził do dalszych przesłuchań, kar i wreszcie aresztu dla twórców, którzy w tak otwarty sposób wyrażali sprzeciw wobec metod komisji śledczych zajmujących się „tropieniem” komunistów w szeregach amerykańskich elit. Wśród nich znalazł się też Trumbo, co oznaczało dla niego właściwie koniec kariery w Hollywood. Od tej pory, by móc w dalszym ciągu zarabiać, scenarzysta musiał pisać pod pseudonimami albo też za kogoś. Z powodu społecznego ostracyzmu i wykluczenia twórca nie odebrał swojego Oscara za scenariusz „Rzymskich wakacji” (odebrał go wtedy członek zespołu współpiszącego), a autorstwo zostało mu oficjalnie przyznane pośmiertnie, dopiero w 2011 roku.

Fot. Getty Images

„Rzymskie wakacje” – trampolina do wielkiej kariery Audrey Hepburn

Po latach film Wylera oglądamy dla pięknych zdjęć Rzymu połowy XX wieku, które – choć z powodów finansowych zrealizowane w czerni i bieli – wciąż robią ogromne wrażenie. Wyler próbował zresztą pokazać Wieczne Miasto i la dolce vita w technikolorze, ale ponieważ „Rzymskie wakacje” były jednym z pierwszych hollywoodzkich filmów studyjnych realizowanych poza Ameryką i budżet musiał być z tego powodu znacznie większy, na kolor nie starczyło mu już środków.

Drugim elementem, dla którego tak chętnie wraca się do tego filmu, z całą pewnością jest niezwykła relacja pary głównych bohaterów – Gregory’ego Pecka i Audrey Hepburn. „Rzymskie wakacje” zgodnie z oczekiwaniami dały aktorce sławę i sprawiły, że przez kilkanaście lat po tym wcieleniu jej gwiazda świeciła najjaśniejszym blaskiem, nawet w zestawieniu z takimi aktorkami, jak Vivien Leigh czy Elizabeth Taylor, z którymi w pewnym okresie rywalizowała o role. W odróżnieniu jednak od swoich słynnych koleżanek Hepburn miała w sobie rodzaj naturalności i dystyngowanej melancholii, które pozwalały jej swobodnie wcielać się zarówno w postaci z wyższych sfer, jak i te zupełnie zwyczajne, choć w tej swojej zwyczajności nigdy nie były pospolite.

Fot. East News

I dla Pecka, i dla Hepburn „Rzymskie wakacje” były w jakimś sensie filmem przełomowym. Peck, chociaż już wtedy był gwiazdą pierwszej wielkości, dopiero kilka lat później wcielał się w swoich najsłynniejszych bohaterów z „Zabić drozda” czy „Dział Navarony”. Hepburn z kolei czarowała w niezapomnianych „Śniadaniu u Tiffany’ego” czy „My Fair Lady”, które ukonstytuowały status aktorki w panteonie najlepszych i najsłynniejszych. Przy okazji tych ról wykorzystała też zresztą cechy charakteru i osobowości, po raz pierwszy zademonstrowane światu w filmie Wylera, czyli skromność, takt, empatię, rozwagę, elegancję i inteligencję emocjonalną.

Kobieta w ogniu. Nowe znaczenia odkrywane po latach w „Rzymskich wakacjach”

W kontekście rozwijającej się wciąż debaty na temat pozycji kobiet w społeczeństwie uwagę zwraca też w końcu dość symboliczny wątek wyrwania się młodej dziewczyny ze szponów tradycyjnego wychowania, poczucia obowiązku i ciasnego gorsetu panujących zasad i norm. Anna umyka konwenansom i roli, do której jest przygotowywana, i chociaż zdaje sobie sprawę, że wolność w Rzymie potrwa tylko chwilę, zamierza czerpać z niej garściami.

Interpretacja ta może okazać się dość daleko idąca, ale też chronologia wydarzeń i koincydencja czasowa związana z ruchami na rzecz praw kobiet w Ameryce i w ogóle ruchami związanymi z obroną praw obywatelskich wydają się dość znamienne. Amerykańska premiera „Rzymskich wakacji” miała miejsce pod koniec 1953 roku i był to czas istotnych przemian społecznych, niejako „oficjalnie” rozpoczętych wyrokiem Sądu Najwyższego z maja 1954 roku w sprawie Brown przeciwko Board of Education (symboliczny początek końca segregacji rasowej). W filmie Wylera młoda dziewczyna sama decyduje, gdzie i z kim spędzi czas, co będzie robić i po co, i choć ostatecznie wraca tam, skąd uciekła, jest bardziej doświadczona, mądrzejsza, coś przeżyła i poczuła. Staje się kimś w rodzaju pierwowzoru silnej, niezależnej kobiety u progu dorosłości, która przejmuje pałeczkę i podąża za własnym sercem, trzymając się swoich wyborów. To wybitnie odświeżająca perspektywa, biorąc pod uwagę, że amerykańskie filmy i seriale tamtego okresu pokazywały kobiety najczęściej w kuchni, w fartuchu, z uśmiechem na twarzy przygotowujące obiad dla powracających z pracy mężów.

Fot. Getty Images

Warto wracać do „Rzymskich wakacji” i odnajdować dla siebie w tej historii nowe sensy i znaczenia, zachwycać się niespiesznym tempem narracji, wagą gestu, grymasu, pojedynczego uśmiechu. To film z gatunku tych najważniejszych, bo chociaż opowieść na pierwszy rzut oka może wydawać się błaha i ulotna, pozostawia widza z melancholijnym i dojmującym uczuciem tęsknoty za przygodą i czasami minionymi. A takie emocje często stają się impulsem do działania.

 

Magdalena Maksimiuk
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. Film z przeszłości: „Rzymskie wakacje”
Proszę czekać..
Zamknij