Znaleziono 0 artykułów
30.05.2022

Joanna Kulig: Cannes to święto filmu, ale też mody

30.05.2022
Fot. Getty Images

Kiedy w 2018 roku przyjechała do Cannes jako aktorka „Zimnej wojny” Pawła Pawlikowskiego, która na festiwalu miała premierę, nie spodziewała się, że powróci tu tak szybko. A tym bardziej, że w nowej roli. Z Joanną Kulig, jurorką sekcji Un Certain Regard, rozmawiamy, jak wygląda Festiwal Filmowy w Cannes za kulisami i o słynnym canneńskim czerwonym dywanie.

To twoja trzecia wizyta w Cannes. Każda z nich inna.

Pierwszy raz byłam tu jako 18-letnia uczennica technikum hotelarskiego, która w ogóle jeszcze nie myślała o aktorstwie. To była wycieczka szkolna, dwutygodniowa objazdówka. Pamiętam, że długo odkładaliśmy na nią pieniądze. W Cannes byliśmy jeden dzień. Ważnym elementem pobytu było znalezienie dobrego miejsca na zdjęcie. Przed Pałacem Festiwalowym i w jego okolicy w chodnik są włożone specjalne płyty z odciskami dłoni gwiazd filmowych, tak jak na Hollywood Boulevard w Los Angeles. Wśród nich szukałam tych polskich, żeby zrobić sobie zdjęcie z odciskiem dłoni Andrzeja Wajdy.

Druga wizyta była już całkiem inna. W 2018 r. byłam tu jako aktorka filmu z konkursu głównego razem z „Zimną wojną”. Nie spodziewałam się, że tak szybko tu wrócę. Pozycję jurorki sekcji Un Certain Regard zaproponowano mi jeszcze w ubiegłym roku, niestety z powodu zobowiązań zawodowych nie mogłam jej wtedy przyjąć. Ale w tym roku się udało. Jestem jurorką!

Czy od ostatniej wizyty, w 2018 r., twoje życie bardzo się zmieniło?

Premiera „Zimnej wojny” na Croisette w Cannes była bardzo ważnym wydarzeniem. Tu się zaczęło, następnie była promocja w Europie, później wyjazd do Stanów, kampania oscarowa. Chwilę potem urodził się Janek, mój syn. Kiedy wróciłam z USA, spędziłam sześć miesięcy w Paryżu na planie serialu „The Eddy”. Po nim miałam pół roku spokojniejszego macierzyństwa w Warszawie, bez pracy. I bach, zaczęła się pandemia.

Fot. Getty Images

Jak branża zaczęła z powrotem funkcjonować, zaczął się pęd. Nakręciłam w Polsce komedię „Każdy wie lepiej”, która będzie miała premierę w sierpniu, zaraz potem na Litwie zaczęły się zdjęcia do francuskiego „Kompromatu” w reżyserii Jérôme’a Salle’a, premiera we wrześniu w Paryżu. Później znowu przerwa, trzy miesiące na ładowanie baterii, spadł mi też kanadyjski projekt. Ale za chwilę machina ruszyła na nowo: zagrałam w serialu Player.pl „Pajęczyna”, później wpadłam do Londynu, żeby pojawić się w odcinku serialu „Masters of the Air” Cary’ego Fukunagi, reżysera ostatniego Bonda.

Stamtąd wreszcie ruszyłam do USA, gdzie powstawał „She Came to Me” Rebekki Miller. O tym filmie rozmawiałyśmy jeszcze przed pandemią, pierwszy klaps przekładano tyle razy, że trudno to mi teraz zliczyć. Mieszkaliśmy w Los Angeles, ale latałam na próby do Nowego Jorku, chciałam się rozgadać. Nawet mieszkałam u Rebekki tydzień, mogłyśmy się dobrze poznać. Podczas całego wyjazdu towarzyszyli mi mąż i Janek. Z Los Angeles przeniosłam się do Nowego Jorku na zdjęcia, stamtąd do Paryża na przymiarki i już prosto do Cannes. Dużo tego! A przecież oprócz tego jest jeszcze życie...

Aktorzy, jeśli przyjeżdżają na festiwal z filmem, zwykle wpadają tylko na kilka dni. Jurorowanie oznacza bycie na miejscu przez całe dwa tygodnie i otwiera całkiem inną perspektywę na to wydarzenie.

To bardzo intensywny czas. Musimy na wyznaczonych pokazach obejrzeć 20 filmów, które oceniamy, do tego dochodzą wydarzenia towarzyszące, na przykład spotkanie z okazji nagród Kering Women in Motion, honorujące kobiety, które miały specjalny wkład w branżę. Albo kolacje festiwalowe i inne towarzyskie obowiązki, w tym czerwone dywany. Chyba pobiłam w tym temacie swój rekord! Codziennie całe jury spotyka się na posiłkach, gdzie można poznać m.in. ekipy filmów biorących udział w konkursie głównym.

Fot. Getty Images

Najchętniej rozmawiam z aktorami, fajnie jest się wymienić doświadczeniami, podejściem do tego zawodu. Bardzo miłe było spotkanie z Anaïs Demoustier, z którą w 2011 r. grałyśmy razem w filmie „Elles” („Sponsoring”). Super było też spotkać Anne Hathaway, tym bardziej że kilka dni temu skończyłyśmywspólnie zdjęcia na planie. O to, żeby wszyscy zostali sobie przedstawieni, dba szefowa protokołu lub sam dyrektor Thierry Frémaux. 

Juror ogląda filmy inaczej niż zwykły widz?

Nie ukrywajmy, bycie w jury to przywilej. Normalnie człowiek w ciągu dnia robi tysiące rzeczy, a do kina czy na platformę streamingową zagląda wieczorem. Wtedy się inaczej ogląda film, bo człowiek jest pełen przeżyć z minionego dnia, jego umysł jest zmęczony. A jak się siada przed trudnym filmem rano, po śniadaniu, to ma się na niego większą przestrzeń, cierpliwość. Poza tym na co dzień często ogląda się filmy samemu, a tu sytuacja jest skonstruowana tak, by o kinie dyskutować, wymieniać obserwacje. Pomyślałam, że pewnie podobnie czują się studenci filmoznawstwa. To jest w festiwalach filmowych najwspanialsze.

Jak wyglądają obrady jury w Cannes?

Czasami, kiedy było więcej czasu po filmie, rozmawialiśmy przez 20 minut o tym, co zobaczyliśmy. Kiedy indziej było osobne spotkanie po kilku tytułach. Im dłużej trwał festiwal i im więcej pokazów mieliśmy za sobą, tym jaśniejsze stawało się, jakie filmy są naszymi faworytami. Są takie tytuły, że po seansie po prostu wychodzisz z kina i czujesz, że właśnie obejrzałeś coś wyjątkowego. Czołówka kandydatów wyłaniała się w przypadku niektórych tytułów organicznie, w przypadku innych, gdy zdarzały się różnice zdań, rozwiązaniem było po prostu głosowanie. Pewnym plusem jest to, że jury Un Certain Regard ma pewną wolność w ustaleniu, jakie chce przyznać nagrody. Wiadomo, że jest ich zwykle pięć, może sześć. Można wyróżnić aktorów, jeśli jest taka chęć, ale równie dobrze nagrodzić największe odkrycie festiwalu. Zawsze musi być przyznane Grand Prix, poza tym nie ma sztywnych kategorii.

Fot. David Fisher/Shutterstock

Oprócz ciebie w jury byli w tym roku: amerykańska reżyserka Debra Granik, francuski piosenkarz, autor tekstów i aktor Benjamin Biolay, wenezuelski aktor i producent Édgar Ramírez oraz przewodnicząca, włoska reżyserka i aktorka Valeria Golino. Ciekawie było zderzać perspektywy ludzi, którzy znają kino z różnych stron?

Nie dość, że każdy reprezentował trochę inną dziedzinę, to jeszcze inne kraje, język. Ale to, co szybko stało się jasne, to że jeśli film jest dobry, to działa. Nieważne, że w jury jest pięć różnych języków, na wszystkich działa tak samo. To przypadek naszego zwycięzcy, francuskiego filmu „Les Pires”, wspólnego debiutu dwóch reżyserek, Lise Akoki i Romane Gueret. Jak to jest skonstruowane, jak zagrane, szczególnie przez dzieci. Cały czas trzyma w napięciu i od razu łapie za serce. W ogóle nie musieliśmy się o ten film spierać, wyróżnienie go to była formalność.

Bałaś się, że będą wobec ciebie oczekiwania „ambasadorowania” polskiemu tytułowi w sekcji, „Silent Twins” Agnieszki Smoczyńskiej?

Na początku miałam pewne obawy, ale np. Benjamin jest Francuzem, a w naszej sekcji dużo było filmów francuskich, więc miał jeszcze trudniejsze zadanie. Selekcja była bardzo mocna, kilka filmów, które nie dostały nagród, zrobiło na nas naprawdę doskonałe wrażenie. Ja szybko poczułam, że sytuacja jest czysta i że liczy się film, a nie kraj produkcji. Kino to uniwersalny język.

Do kina mogłaś chodzić „po cywilnemu”, w swoich sukienkach czy dżinsach. Ale czerwony dywan ma swoje wymogi. Twoje kreacje spotkały się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem. Jak je wybierałaś?

Cannes to święto filmu, ale też mody. To, kto się w czym pojawi na czerwonym dywanie, jest ogromnie ważne. Dla gwiazdy w sensie wizerunkowym, ale też dla marki, bo to świetna reklama. Festiwal ma swoje marki, z którymi współpracuje i do tych ubrań jest zawsze większy dostęp.

Fot. Getty Images

Z mojego punktu widzenia nieoceniona była pomoc stylisty Jonathana Hugueta, który pracuje także z Juliette Binoche czy Isabelle Huppert. Poznaliśmy się w Paryżu jeszcze przed pandemią, ale Cannes to była nasza pierwsza oficjalna współpraca. Jestem z niej bardzo zadowolona. Jonathan bardzo dobrze wyczuł, że najlepiej czuję się w prostych formach, minimalistycznych ubraniach. Mam wtedy wrażenie, że jestem dobrze ubrana, ale nie przebrana. Najpierw spotkaliśmy się z Jonathanem na przymiarki w Paryżu, potem on z wybranymi kreacjami przyjechał na festiwal.

Tu na miejscu jest o tyle świetnie, że jeśli coś trzeba skrócić czy dopasować na ostatnią chwilę, to wszystkie duże domy mody związane z festiwalem mają swoje oddziały, krawcowe, które są w stałej gotowości. Ale nie lubię robić takich rzeczy na ostatnią chwilę, bo kiedy wiem, że mam przygotowane coś, w czym dobrze wyglądam, jestem pewniejsza siebie i spokojniejsza.

W Cannes na czerwonym dywanie wystąpiłam w kreacjach od Armaniego, Diora, Lanvin i Magdy Butrym, a w ciągu dnia bardzo dobrze czułam się w sukienkach z kolekcji Rouje, mojej koleżanki Jeanne Damas, z którą poznałyśmy się jeszcze w Polsce. 

Podczas pierwszej wizyty w Cannes robiłaś sobie zdjęcie z odciskiem dłoni Andrzeja Wajdy. W tym roku to ty zostawiłaś odcisk w alei gwiazd. Niesamowita podróż.

Nie wiedziałam, że będziemy to robić i byłam bardzo mile zaskoczona, że mnie o to poproszono. Wielkie przeżycie. O tyle większe, że następnego dnia dostałam od Jasia, mojego synka, zdjęcie laurki, którą zrobił dla mnie w przedszkolu z okazji Dnia Matki. I to był odcisk jego dłoni. Mała rączka i duża obok. Wielkie wzruszenie.

Anna Tatarska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę